Dla D.S.
W 2025 roku przypadła 80. rocznica rozpoczęcia odbudowy Warszawy. To doskonała okazja, by przybliżyć wydarzenia z kilku powojennych lat, które do dziś są przedmiotem sporów między historykami, architektami i mieszkańcami stolicy: odbudowano Warszawę czy do końca ją zniszczono? Ani nie chwalę, ani nie krytykuję odbudowy. Opisuję miejsca, osiedla, budynki, piszę o ludziach, którzy „podawali cegłę”. Powojenna Warszawa może się podobać lub nie – niech każdy sam ją oceni. Pomocne mogą okazać się liczne zdjęcia przedwojenne, powojenne oraz współczesne, które zrobiłam w ciągu kilku ostatnich lat.

Podaj cegłę!
Zdjęcie z książki: B. Bierut, Sześcioletni plan odbudowy Warszawy, Warszawa 1950.
W styczniu 1945 roku Warszawa była morzem ruin. Zamieniała się w nie stopniowo, począwszy od września 1939 roku, kiedy w czasie pierwszych wojennych bombardowań zapalił się Zamek Królewski i runęły kamienice, poprzez powstanie w getcie, w wyniku którego zniknęła dzielnica północna, aż do niemal całkowitej zagłady w powstaniu warszawskim i po jego upadku. Około 80 procent lewobrzeżnej zabudowy Warszawy przestało istnieć. Wzdłuż ulic sterczały resztki wypalonych kamienic. W gruzach legło 782 z 957 budynków wymienionych w przedwojennym rejestrze zabytków. Przepadło 95 procent teatrów i kin i niemal tyle samo budynków przemysłowych i należących do służby zdrowia. Przestało istnieć około 70 procent obiektów oświatowych. Z 64 kościołów ocalały tylko cztery. Nie przetrwał żaden z mostów. Zniszczenia obejmowały nie tylko zabudowę – Warszawa straciła 60 procent drzewostanu.




Zniszczenia były tak wielkie, że nowe polskie władze rozważały przeniesienie stolicy do Łodzi, która po wytyczeniu powojennych granic w Europie znalazła się w środku Polski, a jako „czerwone”, robotnicze miasto pasowała do obowiązującej ideologii. W Łodzi przetrwały gmachy, które mogły pomieścić biura, i kamienice z mieszkaniami dla urzędników. Tam też w pierwszych powojennych latach skupiło się życie artystyczne i literackie Polski. Warszawskie ruiny miały pozostać ku przestrodze dla przyszłych pokoleń. Plany przeniesienia stolicy do Łodzi przekreślił Józef Stalin. Uważał, że ze względów politycznych Warszawę trzeba odbudować.

Nie bez znaczenia była też postawa Warszawiaków, którzy wracali do swoich domów.



Nie musisz czytać całego artykułu, możesz przeskoczyć do:
Biuro Odbudowy Stolicy
Fińskie domki na Górnym Jazdowie
Mariensztat
Trasa W-Z
Muranów Południowy
Marszałkowska Dzielnica Mieszkaniowa
Pałac Kultury i Nauki
Osiedle Przyjaźń
Trzeciego lutego 1945 roku Krajowa Rada Narodowa przyjęła rezolucję o odbudowie Warszawy. Prezydentem miasta był wówczas major Marian Spychalski, przedwojenny urbanista i architekt. Za czasów Stefana Starzyńskiego pracował w miejskim Wydziale Planowania, gdzie współtworzył ostatni przedwojenny plan urbanistyczny dla Warszawy, nagrodzony Grand Prix na Wystawie Światowej w Paryżu w 1937 roku. Miał wielkie zdolności organizacyjne, niespożytą energię, charyzmę, dobrą prezencję i – jako towarzysz „Marek” – słuszny polityczny rodowód.


Major Marian Spychalski wita młodzież z Rzeszowa, która przyjechała odbudowywać stolicę.
Spychalski do pomocy miał Józefa Sigalina, któremu polecił odszukać specjalistów od ochrony zabytków i ściągnąć ich do Warszawy, by pomogli przy odbudowie.

Wszyscy do łopat! Józef Sigalin drugi z prawej w czapce.
Dziewiętnastego stycznia 1945 roku Sigalin zjawił się w Podkowie Leśnej, gdzie wraz z rodzinami przebywali profesor Jan Zachwatowicz i jego asystent Piotr Biegański. Następnego dnia obaj zameldowali się u Spychalskiego. Prezydent poprosił ich, by zajęli się powołanym przez niego Biurem Organizacji Odbudowy Warszawy. Kierownikiem BOOW został „obywatel profesor doktor Jan Zachwatowicz”, który – związany z Armią Krajową – nigdy nie skomentował swojej decyzji o współpracy z nową władzą.

Pomnik Jana Zachwatowicza na Starym Mieście.
Czternastego lutego 1945 roku Spychalski przekształcił BOOW w Biuro Odbudowy Stolicy, a jego kierownictwo powierzył nie Zachwatowiczowi, lecz Romanowi Piotrowskiemu, bliższemu mu ideologicznie. Jego zastępcami zostali Witold Plapis i Józef Sigalin. Profesor Zachwatowicz objął stanowisko zgodne z jego kwalifikacjami i zainteresowaniami – został szefem Wydziału Architektury Zabytkowej. Propagandowym „mecenasem” odbudowy stolicy był Bolesław Bierut, który przybywał na place budowy z roboczymi wizytami, a nawet sam chwytał za łopatę.
Zdjęcia z książki: B. Bierut, Sześcioletni plan odbudowy Warszawy, Warszawa 1950.

W zbiorach Muzeum Warszawy jest portret reprezentacyjny Bolesława Bieruta, autorstwa Michała Gawlaka.
Został namalowany około 1955 roku. Przedstawia Bieruta na tle odbudowywanej stolicy.
Malarz puścił wodze fantazji i połączył podnoszące się z ruin Stare Miasto z Pałacem Kultury i Nauki.
Bierut stoi przy biurku, na którym widzimy symbol Warszawy – Syrenkę oraz numer czasopisma „Stolica”, które prowadziło kronikę odbudowy miasta.
Pierwsza siedziba Biura Organizacji Odbudowy Warszawy, a potem Biura Odbudowy Stolicy, mieściła się w kamienicy przy ulicy Kowelskiej 4 na Pradze. Służyła nie tylko za biuro, ale też za mieszkanie dla powracających do Warszawy projektantów i architektów. Przywiezieni z Podkowy Leśnej Zachwatowicz i Biegański dzielili tam małżeńskie łoże stojące w nieogrzewanym pokoju. Szybko jednak Józef Sigalin znalazł lepszą lokalizację. BOS przeniósł się na lewy brzeg Warszawy na ulicę Chocimską 33 do okazałej modernistycznej kamienicy zbudowanej przed samą wojną dla lekarza Maurycego Saidmana.

Kamienica przy ul. Chocimskiej 33.
Pracownicy BOS-u zajęte pomieszczenia wyposażyli, w co mogli i jak mogli. Organizowali między innymi wypady do opuszczonych budynków w dzielnicy niemieckiej, co sprawiło, że po Warszawie krążył dowcip: „Co znaczy skrót BOS? Biuro Ogólnego Szabru”. Wkrótce BOS przejął sąsiednie domy przy ulicy Chocimskiej 35, Skolimowskiej 1 i 3 oraz Sędziowskiej 3. Pracownie i kreślarnie zorganizowano w ocalałych pawilonach Szpitala Ujazdowskiego.

Pracownicy Biura Odbudowy Stolicy w urbanistycznej pracowni Śródmieście. Od lewej: Zygmunt Skibniewski, Stanisław Jankowski, Stanisław Dziewulski, Wojciech Piotrowski, Mikołaj Kokozow, Kazimierz Marczewski, Jerzy Wasilewski i Tadeusz Iskierka.
Źródło: Warszawa stolica Polski, Społeczny Fundusz Odbudowy Stolicy, wyd. II, Warszawa 1949, s. 175 / Warszawa współczesna. Geneza i rozwój, Warszawa 1981, s. 269 (Wikipedia).

Pracownicy Biura Odbudowy Stolicy w Warszawie. Stoją od lewej: Bohdan Lachert, Józef Sigalin, Julian Puterman-Sadłowski i Roman Piotrowski.
Źródło: G. Piątek, Najlepsze miasto świata. Warszawa w odbudowie 1944−1949, Warszawa 2020, s. 89 (Wikipedia).
W dzień utworzenia BOS-u rozpoczęła działalność pracownia rejestracji zniszczeń kierowana przez Plapisa. W Warszawę ruszyła rzesza inwentaryzatorów: architektów, konserwatorów, majstrów budowlanych, kreślarzy i studentów. Każdy dostawał wycinek planu miasta i kolejno obchodził domy, notując ich zniszczenia. Wysłannicy BOS-u oglądali tylko te domy, które – wcześniej sprawdzone przez saperów – nosiły napis „Min nie ma” lub „Min niet”.


Tablica na kamienicy przy Narbutta 3a.

Zdjęcie z książki: B. Bierut, Sześcioletni plan odbudowy Warszawy, Warszawa 1950.

Co tam miny...
W ciągu kilku tygodni przejrzeli 24 tysiące nieruchomości. Na podstawie notatek z inwentaryzacji podejmowano decyzję: remontować, zabezpieczać, przeznaczyć do rozbiórki. Życie często te decyzje weryfikowało. Niektóre domy tylko z pozoru wyglądały solidnie. Silny wiatr zawalił mury kamienic przy ulicach Wilczej 29 i Nowogrodzkiej 42, grzebiąc pod gruzami lokatorów.

Od uderzenia pioruna zawaliła się oficyna kamienicy przy ulicy Przyokopowej, wcześniej dopuszczona do użytku. I znów zginęli ludzie. Domy waliły się, bo ich konstrukcje nadwyrężone były bombardowaniami, pożarami, lejącą się wodą czy brakiem ogrzewania. Niezależnie od stanu technicznego burzono domy stojące na trasach planowanych lub poszerzanych ulic.

Inwentaryzacja zniszczonych zabytków przez pracowników BOS w 1945 roku.
Źródło: Warszawa 1945-1966, Warszawa 1967, s. 54 (Wikipedia).

Wyburzanie zniszczonych budynków na placu Powstańców Warszawy, 1945.
Źródło: A. Ciborowski, S. Jankowski, Warszawa odbudowana, Warszawa 1963, s. 100. Autor zdjęcia: Leonard Jabrzemski (Wikipedia).
Zdarzały się też odwrotne sytuacje. Architekt Wacław Kłyszewski spisał na straty kościół Najświętszego Zbawiciela. Obawiał się, że świątynia runie, bo miała zawalone sklepienia i dach, spękane stropy nad piwnicami, filary mocno uszkodzone przez wybuch dynamitu. Ale proboszcz szybko zabrał się za odbudowę i kościół stoi do dziś.


Zdjęcie z książki: B. Bierut, Sześcioletni plan odbudowy Warszawy, Warszawa 1950.

Na opinie inwentaryzatorów BOS-u o stanie budynków niekiedy wpływali sami właściciele nieruchomości: jedni liczyli na wysokie odszkodowania za „zrujnowaną kamienicę”, drudzy chcieli jak najszybciej zasiedlić dom nie do końca nadający się do zamieszkania.
Jeszcze przed ukończeniem inwentaryzacji zniszczeń Wacław Ostrowski i Zygmunt Skibniewski wykonali szkicową wersję planu odbudowy, będącego podstawą opracowania projektów poszczególnych dzielnic i budynków. Plan został podany do publicznej wiadomości 4 lutego 1946 roku. Nie zakładał powrotu do dawnej Warszawy, tym bardziej że i przedwojenni urbaniści, planiści i architekci krytykowali stolicę w jej dziewiętnastowiecznym wydaniu: zatłoczona, niehigieniczna, do mieszkań nie dochodzi światło.

Podwórko kamienicy w Alejach Jerozolimskich.
Osiedla mieszkaniowe projektowane przez architektów i urbanistów z BOS-u miały być zaprzeczeniem dawnej zabudowy. Dzielnice położone bliżej centrum, na przykład Muranów i Mokotów, przeznaczono dla ludzi pracujących w Śródmieściu, młodych singli oraz małych rodzin. Na peryferiach miały powstać duże osiedla samowystarczalne, wyposażone w szkoły, przedszkola, ośrodki kultury, sklepy. Dojazd do centrum zapewniać miała sprawna komunikacja. Zniszczenia wojenne dawały możliwość przebicia nowych ulic i poszerzenia już istniejących.

Nowe budownictwo na Muranowie.
W 1949 roku oficjalnie ogłoszono koniec odbudowy Warszawy. Od tej pory wszystko miało być wybudowane od fundamentów. Dalsza konieczność działania BOS-u wydawała się zbędna. Warszawiacy nie płakali po nim. Wielu miało żal, który łatwo zrozumieć. Grzegorz Piątek w książce Najlepsze miasto świata. Warszawa w odbudowie 1944–1949 cytuje wypowiedź varsavianistki Hanny Szwankowskiej: „Wczujmy się w położenie przeciętnego warszawiaka, który powróciwszy z obozu czy z popowstaniowej tułaczki, zauważał, że jego przedwojenne mieszkanie można by uratować, a nagle dowiaduje się z BOS-u, że nie ma prawa dokonywać żadnych prac remontowych, bo jego dom przeznaczony został do rozbiórki, by zrobić miejsce pod nowe budownictwo i szerokie arterie przyszłej Warszawy”.


W nowym domu.
Na mocy rozporządzenia Rady Ministrów z 6 września 1950 roku obowiązki BOS-u przejęły władze miejskie, które utworzyły Biuro Urbanistyczne Warszawy. Obsadzili je dawni pracownicy Biura Odbudowy Stolicy.
Czternastego lutego 1985 roku Bohdan Lachert, ostatni żyjący członek kierownictwa BOS-u, odsłonił tablicę umieszczoną na kamienicy przy ulicy Chocimskiej 33:
W tym budynku
14 lutego 1945 roku
Rozpoczął pracę BOS
Biuro Odbudowy Stolicy
W lutym 2005 roku pod kamienicą odbyła się pikieta Zespołu Opiekunów Kulturowego Dziedzictwa Warszawy, by wyrazić swój sprzeciw wobec działalności BOS-u – „doburzania” Warszawy. Przed 70. rocznicą powołania BOS-u do życia tablica zniknęła. Nie wiadomo, kto ją odkręcił: przeciwnicy BOS-u czy zwykli wandale. Dziś znów wisi – skromna, z pleksi. Pod nią wesołe graffiti.

Niektórzy historycy, varsavianiści i architekci twierdzą, że Biuro Odbudowy Stolicy nie odbudowało Warszawy, lecz dokończyło jej burzenie, a na gruzach zbudowało całkiem nowe miasto. Po raz pierwszy takie zarzuty pojawiły się w latach politycznej odwilży po 1956 roku, gdy negowano okres tużpowojenny, po raz drugi – w latach 90. XX wieku. Wtedy posądzono BOS o celowe – podyktowane względami ideologicznymi – niszczenie przedwojennej zabudowy. Przeciwnicy BOS-u w pewnym stopniu mają rację, ale jak pisze Grzegorz Piątek: „Gdyby ktoś w 1945 roku powiedział, że należy cofnąć zegar do roku 1939 i wrócić do przedwojennej formy miasta, nikt nie potraktowałby tego poważnie”. Odbudowana Warszawa nie mogła być repliką dawnej.

Wojciech Fangor, Murarze, ok. 1950. Źródło: Muzeum Warszawy.
Fińskie domki na Górnym Jazdowie
W czasie swojego istnienia Biuro Odbudowy Stolicy było największą pracownią architektoniczną na świecie. Zatrudniało około 1500 osób. Praca w BOS-ie wiązała się z wieloma przywilejami, bo BOS był nie tylko zakładem pracy, ale też otaczał swoich pracowników opieką.
W głodującej Warszawie bosowcy otrzymywali przydział ziemniaków, a z czasem również posiłki wydawane w stołówce na Chocimskiej. Na śniadanie była kawa i pieczywo, na obiad zupa i kluski. Warunkiem otrzymania jedzenia było posiadanie kubka i łyżki, o co wcale nie było łatwo. Pracownicy BOS-u dostawali też karty żywnościowe, dzięki którym mogli zaopatrzyć się w produkty po regulowanych cenach. Warszawiacy pozbawieni tego przywileju skazani byli na zakupy na czarnym rynku.


Biuro zapewniało swoim pracownikom komunikację. Po Warszawie jeździły wówczas ciężarowe samochody z ławkami na platformie, zatłoczone i niebezpieczne – na zakrętach można było zlecieć i zakończyć żywot. BOS miał własne ciężarówki, zwane autobusami, które zawoziły pracowników na miejsca inwentaryzacji.
Zatrudnieni w BOS-ie mieli też możliwość zakupu materiałów, by uszyć sobie ubranie. Materiały pochodziły z darów UNRRA i były rozdzielane wśród pracowników według hierarchii lub w losowaniu.



Budowa domków fińskich. Nie wiem, czy to te na Jazdowie.
W NAC nie ma zdjęć domków w domenie publicznej.
Zdjęcia pochodzą z książki: B. Bierut, Sześcioletni plan odbudowy Warszawy, Warszawa 1950.
Powojenna Warszawa nie była miastem bezpiecznym. Przemoc – stosowana jako forma represji, metoda rozwiązywania sporów lub sposób na przeżycie – była na porządku dziennym. BOS miał własną ochronę, składającą się z platerówek, czyli żołnierek służących w I Samodzielnym Batalionie Kobiecym im. Emilii Plater. Umundurowane panie przez pierwszą połowę 1945 roku pilnowały w Warszawie porządku, a w BOS-ie do końca lipca pełniły funkcję strażniczek i konwojentek.


Bosowcy mogli liczyć na pomoc medyczną. Biuro zwracało koszty wizyt lekarskich, płaciło za leki, a w końcu zorganizowało własne ambulatorium. Dla poratowania zdrowia pracownicy biura mogli też udać się na dwutygodniowy pobyt w ośrodku wczasowym w podwarszawskim Świdrze, do wyremontowanej willi zwanej Bosówką.
Sport to zdrowie, BOS zadbał więc o możliwość jego uprawiania. Józef Sigalin, wielbiciel boksu, w maju 1945 roku utworzył klub sportowy. BOS przejął też przystań wioślarską nieistniejącej Ligi Morskiej i Kolonialnej przy ulicy Czerniakowskiej.
O niezbędną do pracy przy odbudowie wiedzę fachową BOS zatroszczył się, organizując własną bibliotekę techniczną. Pod koniec kwietnia 1945 roku liczyła już 400 woluminów.


Pracownicy BOS-u potrzebowali mieszkań. Powstała więc specjalna ekipa budowlana, zajmująca się remontem zniszczonych lokali, które przydzielano najbardziej potrzebującym. Wiosną 1945 roku w domu przy ulicy Skolimowskiej 6 rozpoczął działalność rotacyjny hotel. Ale to nie wszytko. Dla pracowników BOS-u i Społecznego Przedsiębiorstwa Budowlanego, głównego wykonawcy robót zleconych przez BOS, miały powstać pierwsze w Warszawie, całkowicie nowe domy, wprawdzie tymczasowe, ale jednak wyposażone w wygody, o jakich reszta mieszkańców stolicy mogła pomarzyć.



Pod koniec stycznia 1946 roku Józef Stalin obiecał Bierutowi 300 lekkich drewnianych domków. Należało je tylko przywieść, złożyć i postawić. Były to domki fińskie, które trafiły do Związku Radzieckiego w ramach reparacji. W 1944 roku w wojnie z ZSRR Finlandię wspierały Niemcy. Finlandia przegrała i musiała zapłacić za ten sojusz z Rzeszą. Jedną z form zapłaty były wspomniane domki. Podobno na ścianach tych, które trafiły do Warszawy, do dziś zachował się napisany cyrylicą wyraz „REPARACJE”.


Pierwszy transport domków – ostatecznie aż 500 – dotarł do Warszawy na początku marca 1945 roku. Miały stać dziesięć lat, szukano więc dla nich terenów nieprzeznaczonych pod zabudowę. Najlepsze wydawały się miejsca zaplanowane pod parki, skwery, ogólnie – miejską zieleń. W domkach mieszkać mieli projektanci i budowniczowie, dlatego stać powinny blisko największego wówczas placu budowy – Śródmieścia. Domki stanęły w trzech miejscach: na Polu Mokotowskim, przy ulicy Szwoleżerów, blisko planowanego Parku Kultury, oraz na terenach zniszczonego Szpitala Ujazdowskiego, między dwiema ruinami – Sejmu i Zamku Ujazdowskiego. W tej trzeciej lokalizacji, zwanej Górnym Ujazdowem, zamieszkali pracownicy BOS-u.


Domki trafiły w ręce pracowników BOS-u na początku sierpnia 1945 roku. Nie obeszło się bez nieporozumień i pretensji. Przyznano ich bowiem tylko 40 z wcześniej planowanych 90, niektórzy więc musieli obejść się smakiem. O przydziale domków decydowała komisja złożona z przedstawicieli związków zawodowych, która rozpatrywała warunki mieszkaniowe wszystkich chętnych. Były w nich informacje: „mieszka kątem”, „sublokator”, „domek letniskowy”, „wysiedlony” itp.


W gronie szczęśliwych lokatorów domków znaleźli się między innymi architekt i urbanista Zygmunt Skibniewski, powstaniec warszawki „Agaton”, czyli Stanisław Jankowski, Mieczysław Biegański, pracownik BOS-u i dyrektor Wydawnictw Artystycznych i Filmowych, oraz Irena z Turskich Biegańska, Jerzy Gieysztor, przyszły naczelny architekt Warszawy Adolf Ciborowski. Obok nich zamieszkali pracownicy administracyjni i fizyczni.


Domki miały dwa rozmiary. Mniejsze liczyły 72 metry kwadratowe i składały się z trzech izb, większe, czteroizbowe, miały 80 metrów kwadratowych. W każdym była piwniczka na węgiel i stryszek przeznaczony na pranie, ale często zamieszkiwany przez dalszych krewnych. Warunki, jak na powojenne czasy, były dobre. Mieszkańcy domków mogli cieszyć się elektrycznością i bieżącą wodą z osiedlowej studni. Mieli toalety i kuchnie ze zlewem. Początkowo wodę do mycia musieli podgrzewać, ale po paru miesiącach w dawnej kostnicy szpitalnej otwarto łaźnię z wannami i prysznicami.


Mieszkańcy domków na Górnym Jazdowie szybko utworzyli dobrze zorganizowaną wspólnotę. Dzielili się balią do mycia przywiezioną przez jedną z mieszkanek z podwarszawskiego Józefowa. W warzywa i owoce zaopatrywali się u pana, który zamienił swój ogródek w małe gospodarstwo rolne. Ubrania naprawiali i przerabiali w warsztacie krawieckim działającym w dawnej szpitalnej stróżówce. W jednym z domków powstał żłobek, potem przedszkole. Ocalałe pawilony szpitala zaadaptowano na biura Społecznego Przedsiębiorstwa Budowlanego i pracownie BOS-u. Otworzono w nich też stołówkę i klub sportowy. Od września 1946 roku w pawilonie VIII zaczęła działać szkoła podstawowa.



Górny Jazdów był oazą na warszawskiej pustyni. Ślady wojny szybko tu usunięto – zasypano schrony, rowy strzeleckie, leje po pociskach. Dookoła rosły przedwojenne drzewa, które szczęśliwie ocalały. Mieszkańcy domków nie chodzili po gruzach, lecz po uliczkach wyłożonych kamieniem polnym lub chodnikach z cegły ułożonej w jodełkę. Dzieci bawiły się w bezpiecznych miejscach, bez obawy, że stracą życie od niewybuchów. Po zmroku osiedle rozświetlały latarnie. Wśród bezdomnych, głodnych, obdartych i wymęczonych powojenną wegetacją Warszawiaków pracownicy BOS-u mogli uważać się za szczęśliwców.


W latach 1970–1980 domki fińskie stały się modne. Bliskość Parku Ujazdowskiego, Łazienek i ogrodu botanicznego, a jednocześnie usytuowanie niemal w sercu Warszawy przyciągały na Górny Jazdów ludzi z szeroko pojętego środowiska artystycznego. Zamieszkał tu Jonasz Kofta, autor słów piosenki Pamiętajcie o ogrodach i Jan Pietrzak, który skomponował do nich muzykę. Ich sąsiadami zostali między innymi Maria Czubaszek i Wojciech Karolak oraz Barbara Wrzesińska.
Pamiętajcie o ogrodach,
Przecież stamtąd przyszliście.
W żar epoki użyczą wam chłodu,
Tylko drzewa, tylko liście.
Pamiętajcie o ogrodach,
Czy tak trudno być poetą.
W żar epoki nie użyczy wam chłodu
Żaden schron, żaden beton.

Rzeźba Zakochani Władysława Trajana na Jazdowie.

Rzeźba Rozkwit Henryka Wróblewskiego na Jazdowie.
Z biegiem lat domki fińskie na Górnym Jazdowie zaczęto wyburzać. Najpierw pod Trasę Łazienkowską, potem, by zbudować ambasady Niemiec i Francji, aż w końcu w celach „porządkowych”. Do dziś przetrwało ich około dwudziestu. W niektórych nadal mieszkają rodziny, kilkanaście przejęły organizacje pozarządowe i grupy, które organizują w nich wydarzenia kulturalne i starają się ocalić ten unikalny zakątek Warszawy.

Trasa Łazienkowska. Tu kiedyś stały domki fińskie.
Jeżeli coś mam chcieć,
To chcę po prostu mieć:
Małe mieszkanko na Mariensztacie,
To moje szczęście, to moje sny.
Małe mieszkanko na Mariensztacie,
A w tym mieszkanku przypuśćmy my.
Piosenka Małe mieszkanko na Mariensztacie, autorstwa Wacława Stępnia i Zdzisława Gozdawy, powstała w 1950 roku. Miała kilku wykonawców. Jako pierwsi zaśpiewali ją w duecie Irena Malkiewicz i Igor Śmiałowski, potem Mieczysław Fogg, a po nim Irena Santor. Piosenka – poświęcona już nie martyrologii, lecz powojennej odbudowie – stała się przebojem. A o mieszkanku na Mariensztacie marzyło wielu Warszawiaków.

Mariensztat był pierwszym osiedlem mieszkaniowym wybudowanym w powojennej Warszawie. Przed wojną wyglądał inaczej niż dziś. Był poprzecinany wąskimi uliczkami, wzdłuż których stały niebotyki, kamienice mieszczańskie oraz domki pamiętające czasy sprzed zaborów. Sąsiadowały z nimi budynki przemysłu lekkiego, warsztaty i garaże samochodowe. Mariensztat był jedną z najbardziej opuszczonych i zaniedbanych dzielnic Warszawy.


W czasie działań wojennych ucierpiał, ale wiele domów nadawało się do odbudowy. Jednak większość została wyburzona. Uznano, że należy zbudować nowoczesną dzielnicę, włączając w nią zrekonstruowane budynki zabytkowe. Projektantem nowego Mariensztatu był Zygmunt Stępiński.

Początkowo osiedle miało objąć teren od ulicy Mariensztat do ulicy Dobrej, ale później rozszerzono je o ulicę Bednarską.


Ulica Bednarska.

Zrekonstruowana kamienica na rogu ulic Bednarskiej i Sowiej.
Prace rozpoczęto 1 kwietnia 1948 roku, a już 22 lipca 1949 roku z wielką pompą oddano 53 kamienice (łącznie z zabudową ulicy Bednarskiej – 29 domów). Zrekonstruowano tylko kilka, najcenniejszych zdaniem projektantów osiedla budynków, między innymi Dom Łaziebny na rogu ulic Dobrej i Bednarskiej, z którym łączą mnie miłe wspomnienia.

Odbudowując Mariensztat, wytyczono rynek, od północy otwarty na wiadukt Trasy W-Z. Trzy pozostałe pierzeje zabudowano niskimi dwupiętrowymi budynkami, stylizowanymi na skromne siedemnasto- i osiemnastowieczne kamienice, których dachy kryte są dachówką, a chłód zapewniają arkadowe podcienia. Pozostawiono wąskie wybiegające z rynku uliczki. Powstało przytulne miasteczko w środku dużego miasta, w cieniu kościoła Świętej Anny.





Mariensztat wybudowano w rekordowym tempie. Stało się to możliwe dzięki zastosowaniu, po raz pierwszy w Polsce, zasady współzawodnictwa pracy. Pracowano na trzy zmiany. Niektóre domy budowano, bijąc rekordy szybkości, co odbiło się na kiepskiej jakości ich murów. Jednym z budowniczych był Michał Krajewski, inicjator trójek murarskich. W Przewodniku warszawskim Lecha Chmielewskiego czytamy: „Michał Krajewski na budowie Mariensztatu dał pokaz pracy zespołowej podpatrzonej w czasie wojny na budowach uralskich. W ciągu dniówki nieomal sześciokrotnie przekroczył obowiązującą normę. W jego ślady rychło poszli inni, powstawały trójki murarskie, zmieniały się rytm i organizacja pracy”. Aby upamiętnić miejsce narodzin zespołowego systemu pracy, planowano przy rynku mariensztackim ustawić rzeźbę trójki murarskiej.



Dom przy ulicy Mariensztat 19 (z mozaikowym zegarem) wybudowano w ciągu kilkunastu dni.
Trójka murarska nie stanęła, ale na Mariensztacie nie brakuje ozdób. Architekci współpracowali z plastykami. Jan Sokołowski i Zofia Czarnocka-Kowalska zaprojektowali sgraffitową dekorację na budynku u zbiegu ulic Furmańskiej i Bednarskiej – dwie duże sceny z życia dawnej i nowej Warszawy. Budynek, zaprojektowany jako dom towarowy, dziś jest siedzibą Państwowej Szkoły Muzycznej II stopnia.

Tej parze artystów Mariensztat zawdzięcza też mozaikowy zegar oraz mozaikę w fontannie na rynku.


Postacie chłopców zdobiące fontannę są dziełem Jerzego Jarnuszkiewicza.



Jarnuszkiewicz jest również autorem płaskorzeźby na budynku przedszkola przy ulicy Sowiej 4.

Przy schodach wiodących na rynek stanęła Przekupka z kurą. Autorka rzeźby, Barbara Zbrożyna, nie bywała na targach, gdzie handlowano drobiem, bo jej przekupka trzyma kurę głową do przodu, a prawdziwe przekupki nosiły kury kuprem do przodu.


Autorstwa Zbrożyny jest też płaskorzeźba Sowa zdobiąca kamienicę na rogu ulic Mariensztat i Sowiej.


Na Mariensztacie sporo jest ozdób kutych: krat w oknach, balustrad balkonowych, latarń i szyldów wykonanych przez artystów kowali.

Mariensztat miał być osiedlem samowystarczalnym. Powstały więc żłobek, przedszkole, szkoła, przychodnia lekarska, urząd pocztowy, dom kultury, sklepy (spożywczy, odzieżowo-tekstylny, papierniczy i z artykułami gospodarstwa domowego), punkty usługowe, czyli szewc, krawiec i fryzjer. Przy rynku były kawiarnia, bar mleczny i biblioteka miejska. Na tyłach nowych bloków, zamiast oficyn, powstały ogólnodostępne tereny zielone.




Mieszkania na Mariensztacie były – wedle słów piosenki – małe. Składały się z jednej, dwóch lub trzech izb. Zaopatrzone były w elektryczność, gaz, wodę, kanalizację i łazienkę (z miejscem na wannę, o którą w powojennych latach nie było łatwo). Wykończenie mieszkań – drzwi, ramy okienne, pochwyty balustrad na klatkach schodowych, podłogi, a nawet deski sedesowe w łazienkach – było drewniane. W każdym pokoju stał „żeleźniak” do ogrzewania.


Jako pierwsi na Mariensztacie zamieszkali przodownicy pracy, ludzie zasłużeni dla Polski (wśród nich pani Eufemia Majewska, matka pięciu synów, którzy polegli na wojnie), budowniczowie i projektanci Trasy W-Z (na przykład „ojciec schodów ruchomych” Henryk Stamatello) oraz sławy, takie jak Antoni Słomiński (szybko przeniósł się na prestiżową Aleję Róż), Kazimierz Rudzki (mieszkanie odstąpił Leopoldowi Tyrmandowi i Barbarze Hoff) i Andrzej Bogucki, wykonawca piosenek Czerwony autobus i Jak przygoda to tylko w Warszawie.




Na Mariensztacie bywał Konstanty Ildefons Gałczyński, który swoje nocne spacery uwiecznił w wierszu:
To jakaś mania, daję słowo
(czyżbym istotnie z byka spadł?)
bo każdą nocą księżycową
muszę odwiedzić Mariensztat.
W latach powojennych Mariensztat był niezwykle popularny. W lecie na rynku odbywały się zabawy tanecznie i koncerty.


Pub pod Baryłką uznawany jest za najstarszy pub w Warszawie. Powstał w 1990 roku.


Osiedle stało się tłem pierwszej polskiej komedii romantycznej nakręconej w kolorze – Przygoda na Mariensztacie. Jej twórcami byli autor scenariusza Ludwik Starski i reżyser Leonard Buczkowski. Na ekrany film trafił 25 stycznia 1954 roku i podbił serca niemal sześciu milionów widzów. Główne role zagrali Lidia Korsakówna i Tadeusz Schmidt. Film opowiada o Hance Ruczajównie, dziewczynie z zespołu pieśni i tańca, która podczas wycieczki do Warszawy poznaje murarza Janka Szarlińskiego i zakochuje się w nim po uszy. Dziewczyna kończy kurs murarski i z kielnią w ręku staje do socjalistycznego współzawodnictwa z ukochanym.

Okładka czasopisma „Film” nr 35 (196) 31 sierpnia 1952 z Lidią Korsakówną.
Źródło: Wikipedia.
Dla Lidii Korsakówny rola Hanki była filmowym debiutem. Filmowcy wypatrzyli ją w czeskiej Pradze podczas koncertu zespołu Mazowsze, w którym występowała. Film powstawał przez trzynaście miesięcy. Korsakówna wspominała: „Wnętrza i nocne zdjęcia z Mariensztatu kręciliśmy w Łodzi w atelier, a budowę już w Warszawie, ale nie na Mariensztacie, tylko na Elektoralnej. Wszystko pod okiem fachowców, którzy wcześniej pokazali mi, jak mam murować”.
Z filmu pochodzi piosenka Jak przygoda to tylko w Warszawie, ze słowami Ludwika Starskiego i muzyką Tadeusza Sygietyńskiego. Głosu Korsakównie użyczyła koleżanka z Mazowsza, Irena Santor.


Mariensztat lata świetności ma za sobą, ale warto go odwiedzić, zwłaszcza gdy ktoś chciałby odpocząć od zgiełku Starego Miasta. 20 sierpnia 2009 roku, decyzją Mazowieckiego Konserwatora Zabytków, Mariensztat został wpisany do rejestru zabytków ze względu na swoją wyjątkowość w skali miasta i „małomiasteczkowy charakter”.




Kamienica przy ulicy Krzywobocznej.
W tym samym czasie co Mariensztat powstawała sąsiadująca z nim Trasa W-Z. Obie budowle zostały oddane tego samego dnia – 22 lipca 1949 roku. Współprojektantem trasy był Zygmunt Stępiński, ten sam, który zaprojektował powojenny Mariensztat.


Trasę – prawie siedmiokilometrową arterię łączącą trzy dzielnice Warszawy: Wolę, Śródmieście i Pragę, z tunelem przebitym pod ulicami Senatorską i Miodową oraz Krakowskim Przedmieściem – zbudowano w latach 1947–1949.


Budowa budziła ogromne zainteresowanie mieszkańców. Cytowany przez Grzegorza Piątka architekt Jerzy Główczewski wspominał: „Chodziłem często na ten ogromny plac budowy, patrząc znad krawędzi tunelu w wyłaniającą się wielką geometryczną przestrzeń skosów, pochylni dróg i załamań szerokich kamiennych schodów. Nie byłem odosobniony w szczerym zachwycie. Codziennie, a w dni świąteczne szczególnie, tłumy ludzi, miejscowych i przyjezdnych, wycieczek szkolnych i gromad chłopskich, wystawały w różnych miejscach, wpatrując się w pracę maszyn budowlanych i mrowie kamieniarzy”.



Bolesław Bierut z roboczą wizytą.
Trasa była jedną wielką areną współzawodnictwa. Polska Kronika Filmowa donosiła, że cztery tysiące robotników podwoiło tempo budowy mostu Śląsko-Dąbrowskiego, by jego szybszym ukończeniem uczcić zjednoczenie PPR i PPS.



Jan Zachwatowicz i inni obrońcy zabytków obawiali się, że budowa trasy naruszy najcenniejszy pod względem ich liczby fragment Warszawy, ale straty były niewielkie. Zabrano trochę dawnych ogrodów zamkowych, na Mariensztacie usunięto niektóre wysokie kamienice, ale dzięki temu odsłonił się widok na kościół Świętej Anny (chociaż mało brakowało, a świątynia zjechałaby ze skarpy).

By wykopać tunel, rozebrano kamienice między Krakowskim Przedmieściem, Miodową i Senatorską. Jedynym cennym zabytkiem, który stał się ofiarą Trasy W-Z, był klasycystyczny pałac Teppera przy ulicy Miodowej. Zbudował go Szymon Bogumił Zug dla bankiera króla Stanisława Augusta. Pałac widnieje na pierwszych planach i makietach trasy, później jednak zrezygnowano z jego odbudowy, dzięki czemu tunel trasy jest krótszy, a z ulicy Miodowej widać zachodni odcinek arterii.








Dzięki Zachwatowiczowi ocalał pałac Radziwiłłów-Przebendowskich przy ulicy Bielińskiej. Po wojnie był stertą gruzu. Pojawiły się więc plany zaniechania odbudowy i puszczenia w jego miejscu trasy. Zachwatowicz sprzeciwił się, wyburzono więc dwa dość dobrze zachowane, ale mniej cenne budynki: kamienice Banku Polskiego i firmy Ludwik Spiess. A pałac odbudowano na wyspie między dwoma jezdniami Trasy W-Z. I utworzono w nim Muzeum Lenina.

Zdjęcie z książki: B. Bierut, Sześcioletni plan odbudowy Warszawy, Warszawa 1950.

Dziś w pałacu jest Muzeum Niepodległości.
Przez Wisłę przerzucono most Śląsko-Dąbrowski, który zastąpił dawny most Kierbedzia, ciężką stalową konstrukcję porównywaną do pułapki na myszy. Nowy, płaski most otworzył widok na panoramę Starego Miasta.


Trasa miała znaczenie symboliczne. Jak pisze Grzegorz Piątek: „Trasa była kawałkiem zdrowej, młodej tkanki na ciele obumarłego jeszcze niedawno miasta. Była triumfem przyszłości nad przeszłością, przezwyciężeniem przedwojennego chaosu i wojennych zniszczeń”. Trasą zachwycał się Jarosław Iwaszkiewicz: „Każda epoka wypowiada się inaczej, szuka zbiorowego wyrazu: Grecja starożytna przez teatr tragiczny, średniowiecze przez zespołowo budowane katedry, współczesność przez takie dzieła jak Trasa W-Z”.

Tablica fundacyjna, na której utrwalono nazwiska przywódców politycznych,
projektantów oraz ponad stu kierowników poszczególnych odcinków robót
i robotników.
Podobnie jak w czasie budowy, również po jej zakończeniu tłumy Warszawiaków i przybyszów z całej Polski przyjeżdżały, by przejść się mostem Śląsko-Dąbrowskim, zerknąć do tunelu pod Starym Miastem, a przede wszystkim przejechać się ruchomymi schodami produkcji radzieckiej – największą atrakcją odbudowywanej Warszawy.

Dała radę...

Chętnych do przejechania się schodami było tak wielu, że porządku pilnował milicjant.


Dwunastometrową różnicę wysokości pokonywali w pół minuty. Na górze wysiadali w kamienicy Johna, którą podczas rekonstrukcji poprawiono według obrazów Canaletta.

Kamienica Johna (górne wyjście ze schodów ruchomych) pierwsza od prawej.
Całe podziemnie kamienicy Johna zajmowała maszynownia, ważąca prawie 150 ton. W 2005 roku schody radzieckie zastąpiono niemieckimi. W piwnicach kamienicy umieszczono bezpłatne toalety, z których warto skorzystać, bo obok nich stoi jedyna pamiątka po radzieckiej aparaturze – pulpit sterowniczy.


Pierwsze w Polsce schody ruchome stolica zawdzięcza projektantowi tunelu Henrykowi Stamatellowi, który podpatrzył takie rozwiązanie komunikacyjne w Amsterdamie. Za inspirację klinkierowej wykładziny wnętrza posłużył mu tunel pod rzeką Waal w Rotterdamie. Tunel Trasy W-Z wzorowany był na autostradzie w Saint Cloud pod Paryżem. Same schody przyjechały ze Związku Radzieckiego, z firmy Метрострой. Dolne wejście do nich ozdobiły socjalistyczne płaskorzeźby Jerzego Jarnuszkiewicza. Para żołnierzy i para murarzy tworzą dwie kompozycje: Razem w boju i Razem w odbudowie symbolizujące nierozerwalne więzi między Polską i Związkiem Radzieckim.

I tak to na warszawskim Starym Mieście socjalistyczny Wschód złączył się z kapitalistycznym Zachodem.

Otwarcie Trasy W-Z w Warszawie.
Źródło: Piękno Polski Ludowej, Warszawa 1952, zdj. nr 166 (Wikipedia).
Po zbudowaniu Trasy W-Z na plac Zamkowy wrócił król Zygmunt. Zrekonstruowany pomnik przywieziono 12 lipca 1949 roku. Na kolumnie stawiano go aż pięć godzin. Gdy król spojrzał z góry na dźwigającą się z ruin stolicę, kierujący całą operacją inżynier Stanisław Hempel nie bez wzruszenia stwierdził: „Król Zygmunt, symbol Warszawy, zatriumfował nad zgliszczami miasta pozostawionymi przez niemieckich barbarzyńców”.


Trasę podziwiały wycieczki z całej Polski.
Wzdłuż Trasy W-Z powstawały osiedla. Na lewym brzegu Wisły: Muranów, Mirów, Młynów i Mariensztat, na prawym – Praga I. Ze wszystkich Muranów jest najbardziej niezwykły. Powstał na gruzach getta. Pod fundamentami powojennych bloków kryje się wielki cmentarz, na którym spoczywają szczątki dawnych mieszkańców tzw. dzielnicy północnej. Muranów jest też pierwszym wielkim warszawskim osiedlem mieszkaniowym zbudowanym w stylu realizmu socjalistycznego.


Przed drugą wojną światową była tu gęsto zabudowana dzielnica północna zamieszkana przez około ćwierć miliona osób, w większości ludność żydowską. Grzegorz Piątek pisze: „Dzielnica północna była równoległą Warszawą lub przynajmniej drugim Śródmieściem, odciętym kordonem różnic kulturowych, języka, niewiedzy, uprzedzeń. Miała nawet swoją Marszałkowską, czyli Nalewki – ulicę, która jak przekrój geologiczny pokazywała rozwarstwienie społeczne warszawskich Żydów: od eleganckich sklepów z ubraniami, poprzez rozpolitykowane inteligenckie kawiarnie, warsztaty rzemieślnicze, po biedabazary”.




W tym miejscu stał dom, w którym mieszkał Ludwik Zamenhof, twórca języka esperanto.

Ludwik Zamenhof na muranowskim muralu.
Gęsta zabudowa dzielnicy północnej dla przedwojennych urbanistów stanowiła nie lada problem: małe, ciemne mieszkania, zatkane ulice, po których przepychały się samochody, tramwaje, wozy konne, wózki ręczne i oczywiście piesi. Kamienice łączyły funkcje mieszkalne, biurowe i przemysłowe. Brakowało miejsca na zieleń i budynki publiczne.

Dawny Muranów na muralu w jednej z bram.
Administracji Stefana Starzyńskiego udało się wykupić kilkanaście kamienic i przebić ulicę Bonifraterską, która połączyła Żoliborz z centrum Warszawy. Wybudowano też kilka szkół. W 1940 roku Niemcy otoczyli dzielnicę północną murem i utworzyli getto. Stopniowo zmniejszali jego rozmiar, jednocześnie zwiększając liczbę stłoczonych tam Żydów.

Getto warszawskie. Kładka nad ulicą Chłodną.
Zabudowę dzielnicy Niemcy zburzyli po upadku powstania w 1943 roku. Ocalało tylko kilka budynków, które były im potrzebne: kościoły – ewangelicki na Lesznie i świętego Augustyna na Nowolipkach (zamieniony na stajnie i magazyn łupów) – sądy na Lesznie, szkoły przy Stawkach i Żelaznej oraz biblioteka judaistyczna przy Tłomackiem, dziś siedziba Żydowskiego Instytutu Historycznego.

Kościół świętego Augustyna wśród ruin getta warszawskiego, między 1945 i 1947.
Źródło: K. Małcużyński, Szkice warszawskie, Warszawa 1955, zdj. na s. 24 i 25 (Wikipedia).


Figura Matki Bożej stojącej przed kościołem świętego Augustyna na tle galeriowca.


Budowa Mariensztatu. W głębi fragment kościoła świętego Augustyna.
Jeszcze przed zakończeniem wojny architekci zastanawiali się, co zbudować na zrujnowanym terenie. Plany pojawiały się nawet wcześniej, gdy kamienice getta jeszcze stały nietknięte. Zwyciężył pomysł wybudowania osiedla mieszkaniowego dla ludzi pracujących w biurach i innych instytucjach, na przykład w sądach na Lesznie. Miały powstać kilkopiętrowe, wolnostojące bloki będące zaprzeczeniem gęstej zabudowy przedwojennej dzielnicy. Partery przeznaczono na przestrzenie wspólne: hole, czytelnie, jadalnie. Piętra planowano zapełnić niewielkimi mieszkaniami, jedno- lub dwuizbowymi. Zamiast wąskich uliczek powstać miały szerokie arterie i podziemna kolejka, a także zieleń i dużo wolnej przestrzeni.



Dla osiedla przyjęto nazwę Muranów, nawiązując do odległej przeszłości. Pod koniec XVII wieku nadworny architekt królów, Włoch Józef Bellotti, wybudował tu podmiejski pałacyk. Nazwał go Murano na pamiątkę miejsca, z którego pochodził. Resztki rezydencji rozebrano na przełomie XIX i XX wieku, a nazwa Muranów przed wojną dotyczyła jedynie niewielkiej części dzielnicy. Po wojnie obejmować miała całość. Nazwa – nawiązująca do siedemnastowiecznego pałacyku – pomijała żydowską historię i tradycję tego obszaru. O ich zachowanie nie miał kto walczyć. Centralny Komitet Żydów Polskich zajmował się upamiętnianiem ofiar Zagłady i niesieniem pomocy nielicznym ocalałym.

POLIN Muzeum Historii Żydów Polskich.
W Biurze Odbudowy Stolicy nad projektem osiedla pochyliło się trzech młodych architektów: Wacław Kłyszewski, Jerzy Mokrzyński i Eugeniusz Wierzbicki. Przeszkodą w budowie nowych domów był gruz. Niemcy go nie wywozili. Skupili się na kradzieży żydowskiego mienia. W 1948 roku projektowanie pierwszej części dzielnicy Muranowa Południowego (w obrębie dzisiejszych ulic: aleja generała Władysława Andersa – aleja Solidarności – ulica Żelazna – ulica Nowolipie) przejął Bohdan Lachert. Według niego teren budowy pokrywały trzy miliony metrów sześciennych gruzu.


Odgruzowaniem terenu zajęły się brygady ochotników, dla których powstało miasteczko namiotowe nieopodal stadionu Polonii przy ulicy Konwiktorskiej, Jugosłowianie z Komunistycznej Ligii Młodzieżowej oraz kilkudziesięciu modnie ubranych i uczesanych Włochów, którzy po kilku dniach zdezerterowali. Pracowali też niemieccy jeńcy umieszczeni w Centralnym Obozie Pracy na terenie dawnego więzienia dla Żydów – Gęsiówki. Z czasem za łopaty chwycili wszyscy – urzędnicy, strażacy, robotnicy, tramwajarze, aktorzy, nawet pisarka Maria Dąbrowska. Z całej Polski przybywali ochotnicy. Jedni w poszukiwaniu pracy, drudzy – „żydowskiego złota”. Zdarzało się, że trafiali na ludzkie kości. Zbierali je i składali do specjalnych pudełek rozmieszczonych w wielu punktach Muranowa. Mimo wysiłków Warszawiaków i przyjezdnych gruz wciąż zalegał na przyszłym placu budowy.

Odgruzowywanie Muranowa. Po prawej stronie, w głębi, pomnik Bohaterów Getta.
Lachert wyliczył, że jego wywiezienie, przy zaangażowaniu dziesięciotysięcznej armii robotników, zajęłoby ponad trzy lata. A czas gonił. Postanowił więc, że większość gruzu zostanie na miejscu. Był jeszcze jeden powód. Architekt zdawał sobie sprawę, że w resztkach dawnych piwnic są szczątki ludzkie, a religia żydowska zabrania przenoszenia zwłok. Ze zburzonych kamienic usypano więc wzniesienia, na których z odzyskanych cegieł i gruzobetonu powstały ściany nowych domów. Lachert widział Muranów jako osiedle-pomnik powstały na gruzach i z gruzów dawnej dzielnicy północnej.

O tym, że gruzobeton nie zawierał tylko gruzu i betonu, wspomina Sylwia Chutnik, cytowana przez Beatę Chomątowską w książce Stacja Muranów: „Wydaje mi się oczywiste, że na Muranowie żyje się dziś też z ludźmi z getta. Przecież pustaki wykonywane na miejscu, zawierały nie tylko fragmenty cegieł zniszczonych kamienic, ale i wszystko, co tam się znajdowało, prawdopodobnie i ludzkie szczątki. Na tym terenie nie było ekshumacji. Wszystko to przemielone, rozdrobnione, posłużyło jako materiał budowlany”.


Lachert chciał, aby bloki na Muranowie pozostały nieotynkowane, szaroróżowe, by przypominały o przelanej tu krwi. Miały być modernistyczne, surowe i pozbawione ozdób, z wyjątkiem ogromnych betonowych występów wokół okien i ozdobnych tralek balkonów. Same okna też zaprojektował nietypowe – trzyczęściowe ze środkową futryną w kształcie litery H. Według rodzinnej legendy były spóźnionym prezentem dla chrześniaka Lacherta. Jego matka, a bratowa architekta, miała na imię Hanna.


Zróżnicowanie poziomu nadało osiedlu uroku. W „Architekturze” Lachert pisał: „Urozmaicona plastyka terenu, zewnętrzne schody, tarasy, drobne formy architektoniczne, szerokie widoki poprzez ulice, przebiegające na niższym poziomie, mostki poprzerzucane przez uliczki, rzeźby [...] tworzą swoisty wygląd dzielnicy, szerokie pole działalności plastycznej dla architektów i rzeźbiarzy”.




Po wojnie fontanna z żabkami stała przy alei Karola Świerczewskiego (dziś alei Solidarności).
Na jej miejscu stoją teraz pawilony handlowe, a żabki schroniły się na jednym z podwórek.
Na Muranowie zbudowano trzy rodzaje bloków: galeriowce, klatkowce i punktowce (wielorodzinne domy wolnostojące). Zamieszkało w nich około 30 tysięcy osób.



Galeriowce były ulubieńcami Lacherta. Brak klatek schodowych pozwalał na umieszczanie większej liczby mieszkań na piętrach. Odpadała też konieczność ocieplania korytarzy. Galeriowce okazały się niepraktyczne, bo mieszkanie w nich wiązało się z mimowolnym zaglądaniem do okien sąsiadów.



Galeriowiec z drugiej strony.
Stoi przy skwerze Bohdana Lacherta.
Muranów, położony blisko centrum, planowany był jako sypialnia dla pracujących w okolicy samotnych i bezdzietnych, dlatego mieszkania były niewielkie – od trzynastu do czterdziestu metrów kwadratowych. Wbrew oczekiwaniom Lachetra wprowadzili się do nich nie tylko single. Ciasne mieszkanka zasiedliły rodziny, co więcej – dwie musiały dzielić wspólną kuchnię. Jedna z cytowanych przez Beatę Chomątowską lokatorek wspomina: „Tak, były wspólne kuchnie, jedna na dwie rodziny. […] Pod oknem duża szafka, na środku gazowe palniki na żelaznym stelażu, obok metalowa kuchnia na nóżkach. Na lodówkę brakowało już miejsca”.
Kuchenka w mieszkaniu na Muranowie.


W blokach nie było gazu, za schody służyły prowizoryczne drewniane kładki, nie domykały się drzwi ani okna, pył zalegający na podwórkach w deszczowe dni zamieniał się w błoto. Mimo tych niedogodności mieszkania na Muranowie dla wielu były szczytem marzeń. W pokojach były dębowe lub sosnowe podłogi, a w łazienkach wanny, wykorzystywane przez niektórych mieszkańców jako paki na węgiel lub miejsca hodowli kur czy królików.

Ostatnie poprawki i można się wprowadzać.

W ostatnich latach jedne bloki doczekały się renowacji,

a drugie nie.
Na potrzeby mieszkańców Muranowa powstały żłobki, przedszkola, szkoły, kotłownie i kina.



Przed przedszkolami stoją drewniane stworki.

Coś dla starszych dzieci.
Muranów podobnie jak Mariensztat, był osiedlem samowystarczalnym. Prowadziły do niego bramy...


...wśród których wyróżnia się brama triumfalna w budynku przy obecnej ulicy Generała Władysława Andersa (dawniej Marcelego Nowotki). Gmach stoi na tarasie, w którym mieści się kino „Muranów”.


Budynek nad kinem „Muranów” po lewej stronie do szybkościowiec.
Mury stanęły w osiem dni.
Taras jest ogromny. Pomieścił setki statystów z Przygody na Mariensztacie grających przodowników pracy i rodziny robotnicze, wchodzące na trybuny, by odebrać klucze do pierwszych własnych mieszkań. Nad trybuną, w bramie wisiał cytat z Adama Ważyka: Lud wejdzie do Śródmieścia.

Pod tarasem planowano miejsca na garaże. Dziś są tam urzędy.

Lachertowi nie pozwolono zrealizować wszystkich planów. Sinoczerwone ściany budynków – mające upamiętniać niedawną tragiczną historię osiedla – nasuwały złe skojarzenia i odstraszały potencjalnych mieszkańców Muranowa. Beata Chomątowska wspomina o Józefie Henie, który odrzucił propozycję zamieszkania w jednym z bloków, obawiając się, że będzie słyszeć krzyki mordowanych w getcie ludzi. Ponadto gruzobeton, który sprawdzał się jako materiał nośny, słabo izolował, za to łatwo przyjmował wodę. Ściany były więc zimne i wilgotne.



Nadszedł czas wdrażania realizmu socjalistycznego, do którego pomysły Lacherta nie pasowały. Muranów, jeszcze kilka lat wcześniej chwalony, teraz wydawał się dziwadłem, surowym, niepasującym do nowej stylistyki. Lachert ugiął się pod naporem krytyki i wprowadził zmiany w pierwotnym projekcie. Wiosną 1951 roku bloki pokryto tynkiem, co podsumowali dziennikarze „Stolicy”: „Smutno i szaro wyglądały bloki na Muranowie. Obecnie biel tynków stanowi przyjemny kontrast z zielenią trawników”.

Surowe bloki według koncepcji Lacherta.


Potem przystąpiono do dekorowania fasad socjalistycznymi detalami.



Krytyk Lacherta, Jerzy Wierzbicki, w „Architekturze” pisał: „Elementy zdobnicze w kształcie pinakli, piramidek nie wiążą się z całością […] wrażenie ogólne dla mieszkańców jest jednak korzystniejsze”. Ponure osiedle-pomnik zaczęło emanować optymizmem, ale to nie przekonało Lacherta, który w 1951 roku zrezygnował z dalszych prac na Muranowie.


Dwustronny mural (umieszczony po dwóch stronach bramy) poświęcony Bohdanowi Lachertowi.

Skwer imienia Bohdana Lacherta.
W głębi przedwojenny gmach szkolny (na rogu ulic Żelaznej i Leszno) w latach 50. XX wieku przekazany na potrzeby Urzędu Dzielnicy Wola.
W budynku mieści się też Biblioteka Publiczna w Dzielnicy Wola.

Bloki Muranowa wzdłuż alei generała Karola Świerczewskiego (dziś alei Solidarności).
Okolice skweru Bohdana Lacherta.
W 2023 roku historyczny układ urbanistyczny i zespół budowlany osiedla Muranów Południowy został wpisany do rejestru zabytków.
Muranów Południowy może się podobać. Samo centrum Warszawy, a cicho tu, zielono i spokojnie. Ale ma też sporo minusów. Schody utrudniają życie starszym mieszkańcom – bo jak tu ciągle wspinać się, kiedy sił coraz mniej. A i młodsi mają kłopoty z wózkami dla dzieci. O osobach niepełnosprawnych nie wspomnę, podczas moich wędrówek po Muranowie nie widziałam ani jednej.

Są też inne kłopoty. Kilka lat temu na Nowolipiu zapadł się chodnik. Dziura, szeroka na trzy metry i głęboka na dwa, pojawiła się tuż pod czteropiętrowym blokiem. Była pozostałością starej zmurszałej piwnicy, której należycie nie zabezpieczono. Varsavianista Jarosław Zieliński stwierdził: „Budując Muranów Południowy, architekci nie pomyśleli o tym, że pod pryzmami gruntu są piwnice. Niezasypane, nieprzewidywalne, jeśli chodzi o infiltrację wody, ruchy gruntu i inne tego typu zjawiska”. Dziurę zasypano. Urzędnicy polecili mieszkańcom, by obserwowali podwórka i parkingi. Najbardziej niebezpieczny rejon obejmują ulice: aleje Solidarności, Jana Pawła II, Andersa i Nowolipki.

I kilka słów o północnej części Muranowa, która różni się od południowej. Pod koniec lat 40. wytyczono ulicę Marcelego Nowotki (dziś generała Władysława Andersa). Wzdłuż niej w latach 1951–1955 wyrosła dzielnica robotnicza nazwana MDM-2. Powstały ogromne bloki wsparte na kolumnowych podcieniach. Ciekawą budowlą jest Okrąglak, w którym część mieszkań przeznaczono dla milicjantów, by mieli blisko do pracy w pałacu Mostowskich.



Pałac Mostowskich.
W Okrąglaku przewidziano też pracownie dla artystów, usytuowane na ostatnim piętrze i doświetlone naturalnym światłem przez świetliki. Przed budynkiem zostawiono sporo miejsca. Z jednej strony miało być wejście do delikatesów, a z drugiej do metra. Powstał okrągły dziedziniec, dziś nazywany skwerem Tekli Bądarzewskiej.



Przed Okrąglakiem stoi pomnik Żołnierza I Armii Wojska Polskiego
autorstwa Ksawerego Dunikowskiego.
Nieopodal Okrąglaka rośnie mirabelka, jedna z niewielu ocalałych pamiątek po dawnych mieszkańcach dzielnicy północnej. Przetrwała wojnę i przez lata rosła na tyłach nowej socjalistycznej zabudowy. Aż nadszedł czas deweloperów i mirabelka – mimo protestów mieszkańców – została ścięta. Po latach na Muranów powróciła jej wnuczka, a może prawnuczka. Stało się to za sprawą pewnego małżeństwa, które opuściło Muranów, by osiąść w Stanach Zjednoczonych. Zabrali ze sobą pestki mirabelki, zasiali i wyrosło z nich drzewko. Do Stanów ruszyła delegacja z Warszawy, przywiozła gałązkę drzewka i zasadziła.

Mirabelka – drzewko po prawej.
Marszałkowska Dzielnica Mieszkaniowa
Jeszcze w latach międzywojennych architekci snuli plany przebudowy ulicy Marszałkowskiej. Największym kłopotem była jej szerokość Wytyczona w XVII wieku przez marszałka Bielińskiego, była prostą aleją o szerokości 27,5 metra – na tamte czasy zawrotną. Przez lata obudowano Marszałkowską kamienicami. Między nimi przeciskała się coraz większa liczba pojazdów: samochodów, autobusów i tramwajów. Przedwojenna Marszałkowska bez wątpienia była piękna, ale niefunkcjonalna.



Kamienica Taubenhausa przy ulicy Marszałkowiej. W 1998 roku przywrócono jej przedwojenny wygląd.
Plany poszerzenia Marszałkowskiej pojawiały się w już latach wojny, po pierwszych zniszczeniach. W 1945 roku Biuro Odbudowy Stolicy zaplanowało przebudowę i poszerzenie ulicy. W latach 1950–1952 po obu jej stronach – od Alej Jerozolimskich do placu Unii Lubelskiej – powstała Marszałkowska Dzielnica Mieszkaniowa, obok Pałacu Kultury i Nauki oraz Trasy W-Z najważniejsza warszawska budowla pierwszej powojennej dekady.

Projekt MDM-u powstał w pracowni architektonicznej pod kierunkiem Stanisława Jackowskiego, Jana Knothego, Józefa Sigalina, naczelnego architekt Warszawy w latach 1951–1956, oraz Zygmunta Stępińskiego. Aby wprowadzić go w życie, znacznie poszerzono ulicę Marszałkowską – usunięto ruiny i wyburzono sporo kamienic, które przetrwały wojnę.

W międzyczasie nastała era socrealizmu. W 1949 roku zmienił się sposób budowania osiedli mieszkaniowych. Krzysztof Mordyński w monografii MDM. Marszałkowska dzielnica marzeń pisze: „Osiedla, które dotychczas planowano jako autonomiczne jednostki położone poza centrum, od tej pory miały stać się integralną częścią miasta. Modernistyczny system zabudowy składający się z wolnostojących, luźno rozrzuconych wśród zieleni bloków – jak to planowano i realizowano przed 1949 rokiem na Muranowie, Mokotowie czy Młynowie – miał ustąpić socrealistycznemu porządkowi zwartych, ustawionych jeden przy drugim gmachów tworzących pierzeje ulic i placów”. MDM była pierwszą dzielnicą, w której architekci mogli wypróbować socrealizm w praktyce.



Powstały monumentalne, dość monotonne bloki. Wiodące do nich klatki schodowe umieszczano na tyłach, dzięki czemu mieszkańcy nie musieli wychodzić wprost na ulicę, lecz na osiedlowy dziedziniec. Tam stały kubły na śmieci i trzepaki – niezbędne do utrzymania porządku w mieszkaniach i do zabaw dzieciaków. Łącznikiem między dziedzińcem i ulicą miały być (i są) okazałe bramy. Po ulicach zaś spacerować miały tłumy Warszawiaków i przyjezdnych, bo MDM to nie tylko osiedle mieszkaniowe, lecz także centrum Warszawy.




Planując MDM, dążono do zaspokojenia potrzeb jej przyszłych mieszkańców i przybyszów. Na parterach bloków powstały sklepy oferujące różny, najczęściej bogaty asortyment, a także restauracje, kawiarnie, zakłady kosmetyczne i fryzjerskie, punkty usługowe. Stanęły też przychodnie zdrowia, apteki, żłobki, przedszkola, szkoły, świetlice, kina, centra kultury i sportu, a nawet publiczne szalety.



Marszałkowska Dzielnica Mieszkaniowa miała mieć swoje lokalne centrum. Nie mogło znajdować się przy placu Konstytucji, bo ten należał do części stołecznej. Wyznaczono więc plac na przecięciu ulicy Marszałkowskiej z aleją Armii Ludowej. Lokalne centrum nie powstało. Dziś w tym miejscu biegnie Trasa Łazienkowska. Jedyną pozostałością po planach centrum jest narożny budynek zwieńczony okrągłym belwederkiem.




Na MDM-ie zaplanowano wybudowanie około sześciu tysięcy mieszkań: od jednopokojowych do czteroipółpokojowych. Wszystkie z wnęką kuchenną lub kuchnią, WC i łazienką. Najmniejsze mieszkania liczą około 20 metrów kwadratowych, największe od 107 do 115 metrów kwadratowych powierzchni użytkowej. Podobnie jak na Muranowie mieszkaniom na MDM-ie daleko było do doskonałości. Lokatorzy skarżyli się na pofalowane podłogi wyłożone dębową klepką (kładziono je na mokry beton), źle założone okna (zdarzały się kilkucentymetrowe szpary między murem bloku a futryną), niedziałające windy, zapychające się zsypy na śmieci, kłopoty z lokalnymi kotłowniami.



Starali się jak mogli.
Mieszkania na MDM-ie mieli dostać ludzie z awansu społecznego. Jednak spośród 150 mieszkań dostępnych w 1950 roku aż 120 przydzielono pracownikom umysłowym. Najliczniejszą grupą wśród nich byli członkowie rodzin osób zatrudnionych w Komitecie Centralnym Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i ministerstwach. Ale zamieszkali tam też przedstawiciele zawodów artystycznych, literaci i nauczyciele.

Czas wybrać mebelki.
Centralnym – stołecznym – punktem MDM-u jest plac Konstytucji wytyczony w miejscu, gdzie przed wojną ulica Marszałkowska przecinała się z Koszykową, Piękną i Śniadeckich. Plany z 1950 roku zakładały, że będzie on jednym z najważniejszych miejsc w stolicy. Miał zamykać trzykilometrowy odcinek Marszałkowskiej – trasy pochodów ludu pracującego.


Na placu lud miał słuchać przemówień przedstawicieli nowej władzy. Ostatni odcinek Marszałkowskiej, czyli południową stronę placu, trzeba było jakoś zamknąć, a to nastręczyło architektom kłopotów, bo stał tam kościół Najświętszego Zbawiciela. Żeby go zasłonić, zaplanowali hotel MDM. Otwarto go w sierpniu 1954 roku i był on jednym z trzech – obok Polonii i Warszawy – hoteli zaliczanych do I klasy. Aby w nim zanocować, potrzebne było skierowanie z Centralnego Biura Zakwaterowań, które mieściło się w hotelu Polonia.

Autobus czerwony przez ulice mego miasta mknie...

Z pokoi umieszczonych od frontu hotelu MDM roztacza się widok na plac Konstytucji.
W sierpniu 1950 roku w audycji radiowej jeden z architektów MDM, Zygmunt Stępiński, ogłosił: „Całe zespoły rzeźbiarskie będą zdobić ulice i place”. Marszałkowska Dzielnica Mieszkaniowa, udekorowana rzeźbami, mozaikami, malarstwem ściennym, miała stać się galerią sztuki w przestrzeni miejskiej. Nie wszystko poszło zgodnie z planem.

Na placu Konstytucji nie stanęły trzy ogromne rzeźby. Miały mieć charakter nie tylko ozdobny, ale też praktyczny. Architekci nie chcieli albo nie mogli pociągnąć szerokiej Marszałkowskiej za plac Konstytucji, w kierunku placu Zbawiciela. Podjęli więc decyzję o przebiciu nowej ulicy, Waryńskiego, wybiegającej z placu pod kątem i niszczącej jego symetrię. A ponieważ socrealizm kładł nacisk na dyscyplinę w architekturze, pojawił się pomysł zasłonięcia tej asymetrii trzema wspomnianymi rzeźbami: Śląskiem, Morzem i Stolicą.

W roku 1951 ogłoszono konkurs rzeźbiarski. Napłynęło 30 prac, ale zdaniem komisji konkursowej żadna nie nadawała się do realizacji. Józef Sigalin, naczelny architekt Warszawy i jeden z projektantów MDM, z przykrością stwierdził: „Niestety, rzeźbiarze nasi nie umieli zrobić rzeźb w tej skali”. Postanowiono więc na placu KOnstytucji ustawić trzy olbrzymie kandelabry. Tylko na chwilę, bo jak twierdził wyżej cytowany: „Wraz z rozwojem naszej rzeźby z czasem łatwiej będzie zastąpić kandelabry dobrymi rzeźbami, niż usunąć rzeźby złe, ale o pewnej utrwalonej tematyce”. Jak wiadomo, prowizorki bywają najtrwalsze, i tak też jest z kandelabrami. Stoją już ponad 70 lat i wciąż czekają, aż „nasza rzeźba” odpowiednio się rozwinie.

Projektantem 12-metrowych kandelabrów był Jan Knothe. Zlecenie wykonania ich strzelistych koron otrzymał znany artysta Mieczysław Jarnuszkiewicz. Jako materiał wybrano blachę miedzianą, która miała błyszczeć zarówno w słońcu, jak i w świetle elektrycznym. Otwarcie placu planowano na 22 lipca 1952 roku, ale jeszcze w kwietniu blacha nie dotarła. W rezultacie, by zdążyć na czas, Warsztat Blacharki Artystycznej Jarnuszkiewicza musiał wypracować 230 procent normy. Z biegiem lat miedziana blacha pokryła się zielonkawą platyną, czyli zwyczajnie skorodowała.

Oprócz kandelabrów uwagę od niesymetrycznej południowej ściany placu Konstytucji miała odwracać też fontanna, którą planowano ustawić w samym jego centrum. Drugim jej zadaniem miało być wniesienie życia w to dość surowo wyglądające miejsce. Z planów nic nie wyszło i dziś plac Konstytucji ożywiają tramwaje i setki samochodów, bo jego środek to gigantyczny parking – szpecące i cuchnące spalinami nieporozumienie w samym środku miasta. Niewiele osób wie, że tramwaje jeżdżą, a samochody stoją na wzorzystej mozaice, dziś całkowicie już niewidocznej.

Elewacje potężnych budynków stojących wzdłuż wąskiego odcinka Marszałkowskiej, czyli od placu Konstytucji do placu Zbawiciela, zostały ozdobione ośmioma wykutymi w kamieniu płaskorzeźbami, wykonanymi przez różnych autorów i obrazującymi ludzi pracy, z jednym wyjątkiem. Krzysztof Mordyński pisze: „Zwróćmy uwagę na pewną zastanawiającą dysproporcję ukazanych zawodów. Pięć spośród płaskorzeźbionych postaci reprezentuje klasę robotniczą (górnik, murarz, kolejarz, hutnik, włókniarka), tylko jedna chłopstwo (rolnik), tylko jedna inteligencję (nauczycielka) i także jedna – matkę z dzieckiem, która w tym zestawieniu zdaje się nie pasować do klucza.

W latach 50. macierzyństwa i opieki nad dzieckiem nie uważano za pracę, propagowano model kobiety szybko wracającej do pracy zawodowej po oddaniu dziecka do żłobka. Przedstawienie matki w grupie zawodów nie byłoby więc do końca zgodne z ówczesnym przekazem propagandowym”. Przytoczona przez autora instrukcja ministra oświaty z 1951 roku głosi: „Przedszkole w Polsce Ludowej w okresie planu sześcioletniego jest placówką, która zapewniając opiekę dzieciom, pozwala kobietom wziąć czynny udział w budowie podstaw socjalizmu”.

Tuż po uroczystym otwarciu placu Konstytucji, 22 lipca 1952 roku, płaskorzeźby stały się przedmiotem krytyki, dotyczącej nie kwestii ideowych (te mogłyby zostać odebrane jako atak na ustrój), lecz estetycznych. Siermiężne, z gruba ciosane sylwetki nie znalazły uznania Warszawiaków i gości odwiedzających stolicę. Swoje niezadowolenie wyraził nawet naczelny architekt Moskwy Aleksandr Wasiliewcz Własow: „Wyobrażanie robotnika jako istoty podobnej do zwierzęcia, z potężnymi łapami i bezmyślnie brzydką twarzą, to oszczerstwo w stosunku do polskiego robotnika budującego nową Polskę. Takie przedstawienie robotnika jest wstydem dla artysty”.

Marszałkowską Dzielnicę Mieszkaniową od ulicy Waryńskiego zdobi płaskorzeźba Otwarcie placu MDM autorstwa Franciszka Habdasa. Jest to jedno z nielicznych dzieł zdobiących dzielnicę, na które – jakbyśmy dziś powiedzieli – nie wylała się fala hejtu. Może dlatego, że jest w dość niewidocznym miejscu. Przedstawia scenę wielofiguralną. Mamy tu przedstawicieli różnych zawodów, grup społecznych, płci i wieku. Jeden z mężczyzn w wyciągniętej ręce trzyma bukiet kwiatów. Nad tłumem powiewają flagi. W tle widać fragmenty bloków – dokładnie tych, które można zobaczyć, stojąc przed płaskorzeźbą. Chociaż w zamyśle autora dzieła postacie miały oddawać radość z otwarcia MDM-u, wszystkie są „papierowe”, schematyczne, nie wyrażają emocji.

Dobrane kolorystycznie.
Przeciwległą, północną stronę placu Konstytucji zamykają dwa bloki, których fasady zostały ozdobione sześcioma płaskorzeźbami przedstawiającymi historię projektowania i budowy MDM-u: Narada robotnicza, Prace architektoniczne, Roboty kamieniarskie, Szkielety żelbetowe, Roboty murarskie i Montaż konstrukcji stalowej. Uwieczniono na nich projektantów i inżynierów pochylonych nad projektami, rzeźbiarzy i murarzy przy betoniarkach i taczkach – wśród nich jest kobieta.


Po zachodniej i wschodniej stronie placu Konstytucji stoją ogromne bloki z podcieniami. Sufity na końcach podcieni zostały ozdobione mozaikowymi obrazami przedstawiającymi cztery pory roku. Wykonała je Hanna Żuławska z zespołem plastyków z Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Sopocie. Każda mozaika ma kształt kwadratu i składa się ze sceny figuralnej oraz biegnącego wzdłuż boków ornamentu o charakterze geometrycznym, z wplecionymi wizerunkami zwierząt lub roślin. Wszystkie mozaiki zawierają treści ideologiczne. Lato ukazuje dożynki, Jesień – rozpoczęcie roku szkolnego i akademickiego (walka z analfabetyzmem), Wiosna – pochód pierwszomajowy, Zima – ferie zimowe (prawo do wypoczynku).




Wszystkich przybywających na MDM od strony centrum wita owalna płaskorzeźba Winobranie autorstwa Maksymiliana Potrawiaka, umiejscowiona na budynku u zbiegu ulic Marszałkowskiej i Wilczej. Widać ją z daleka, bo została umieszczona na wysokości piętra. Przedstawia dwie kobiety zbierające winogrona. Scena wydaje się dość nietypowa jak na polskie realia lat 50. ubiegłego wieku. Uprawa winorośli nie była i nie jest najważniejszą gałęzią naszego rolnictwa. Okazuje się, że scena symbolizować miała „zbiory, obfitość, handel”, oraz opiewać dostatek sklepów na MDM-ie. Aby mocniej zaakcentować powojenny dobrobyt, w bloku, którego ścianę ozdobiono Winobraniem, otworzono delikatesy, dobrze zaopatrzone i słynące z nocnej sprzedaży alkoholi.

Narożnik bloku po przeciwnej stronie ulicy Marszałkowskiej zdobi mozaikowa tarcza zegara z kurantem wygrywającym melodie. Została wykonana przez Hannę Główczewską.

W różnych miejscach MDM-u znaleźć można zdobienia wykonane w kutym żelazie: kraty zamykające bramy domów wzdłuż ulic Marszałkowskiej, Pięknej, Koszykowej, Nowowiejskiej, balustrady balkonów, słupki uliczne, a także zdobienia na fasadach bloków, na przykład wieńce laurowe, wzorowane na „arystokratyczno-burżuazyjnej” kamienicy hrabiów Krasińskich przy placu Małachowskiego.




Po zachodniej stronie ulicy Marszałkowskiej, między Wilczą i placem Konstytucji, monotonię ogromnych bloków przerywają ciekawe łączniki z bramami. Są niższe i bogato zdobione. Bramy mają kasetowe sklepienia wypełnione majolikowymi płytkami.


Na ścianach nad bramami są elementy dekoracyjne wykonane w technice sgraffita, między innymi dwa kartusze z wizerunkami warszawskiej syreny. Na jednym syrena została przedstawiona w postaci historycznej, na drugim – nowoczesnej. Jak pisze Krzysztof Mordyński: „Czytelna myśl, że nowe budownictwo i sztuka z nim związana są wyrazem łączności tradycji ze współczesnością, dobrze wpisywała się w doktrynę realizmu socjalistycznego”.


Powtarzającym się elementem zdobiącym Marszałkowską Dzielnicę Mieszkaniową jest jej skrót „MDM”. Odnaleźć go można w kratach bram, kartuszach nad drzwiami i w formie mozaiki w posadzce placu Konstytucji.


Plac Konstytucji wraz z północną częścią MDM-u uroczyście otwarto 22 lipca 1952 roku. Pośrodku stanęła trybuna, na której przemawiał Bierut. Wokół tłumnie zgromadzeni mieszkańcy Warszawy manifestowi swoje poparcie dla nowych władz. Plac może się podobać albo nie, ale to jedno z niewielu miejsc w Warszawie, gdzie konsekwentnie zrealizowano założenia realizmu socjalistycznego, a przez to unikatowe.

Za placami Konstytucji i Zbawiciela, w kierunku Mokotowa, ciągnie się południowy, nieco później zbudowany fragment MDM-u. Ocalało tu kilka starych kamienic, a szerokość ulicy Marszałkowskiej zbliżona jest do przedwojennej.

Ulica Marszałkowska między placami Konstytucji i Zbawiciela

i dalej w kierunku Mokotowa.
Z placu Zbawiciela można przejść do alei Wyzwolenia i znaleźć się na osiedlu Latawiec, które przypomina plac des Vosges w Paryżu (chociaż jego kształt wywodzi się z placu Vendôme).
Według pierwotnych założeń ten obszar MDM-u miał różnić się od reszty dzielnicy, jako że był to fragment Osi Stanisławowskiej prowadzącej do zamku Ujazdowskiego. Powstał więc projekt podłużnego, szczelnie obudowanego placu, wypełnionego zielenią. Jego autorką była Eleonora Sekrecka.

Osiedle Latawiec od strony placu Na Rozdrożu. Widać kształt osiedla przypominający latawiec, 2022.
Zdjęcie: Emptywords (Wikipedia).
Osiedle zostało wybudowane w latach 1953–1957 (później uzupełniane) na planie pięciokąta, kształtem przypominającego latawiec. Stąd wzięła się jego nazwa. W centrum osiedla znajduje się zielony skwer szeroki na 70 i długi na 215 metrów. Otaczają go bloki przypominające kamienice. Mają elewacje z brązowych cegieł i jasnego tynku, wieńczą je czerwone, mansardowe dachy, a zdobią lukarny. Na osiedlu powstały budynki oświatowe, lokale usługowe i handlowe oraz kino Luna, z wejściem od ulicy Marszałkowskiej. W roku 2015 osiedle Latawiec zostało wpisane do rejestru zabytków.


Kiedyś po Warszawie krążył dowcip: Jakie mieszkanie jest w Warszawie najdroższe? To, które nie ma widoku na Pałac Kultury (Maria Dąbrowska, Dzienniki, t. 9, s. 116; 8.09.1954). Dziś dowcip jest już nieaktualny, bo pałac otoczony został wysokościowcami, w których apartamenty osiągają astronomiczne ceny.

Pałac Kultury i Nauki nie jest dziełem Biura Odbudowy Stolicy, lecz darem Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Wprawdzie ma on ojca w Związku Radzieckim, ale dziadka w Stanach Zjednoczonych. Stalin wysłał architekta Lwa Rudniewa za ocean, by podpatrzył architektoniczne ciekawostki. Na Rudniewie największe wrażenie zrobił Municipal Building na Manhattanie, czyli nowojorski ratusz. Jest to wzniesiony na początku XX wieku rozłożysty gmach z wieżą.

Architekt Lew Rudniew na tle modelu portyku wejściowego PKiN, ok.1953, fot. prasowa.

I jego amerykańska inspiracja.
Fasada Municipal Building w Nowym Yorku na Manhattanie, 2007. Zdjęcie: Momos (Wikipedia).
Rudniew wrócił do domu i zaczął projektować podobne, z jedną różnicą. Różnica dotyczyła usytuowania gmachów. W miastach amerykańskich drapacze chmur stoją na niewielkich działkach w sąsiedztwie innych budynków, a w Związku Radzieckim – na ogromnych placach, w otoczeniu parków. Nic ich nie zasłania. W Moskwie wzniesiono siedem drapaczy chmur, będących wynikiem współzawodnictwa obydwu mocarstw. Warszawski Pałac Kultury i Nauki rozmachem im nie ustępuje.

Józef Stalin, który zadecydował o odbudowie Warszawy, zapragnął pozostawić po sobie jakiś trwały ślad w stolicy. Podobno pomysły były różne: osiedle mieszkaniowe lub metro. W rzeczywistości Stalin nie przedstawił żadnej listy prezentów do wyboru. Od początku było wiadomo, że dar od narodu radzieckiego musi być czymś symbolicznym, trwałym i z daleka widocznym. W czasach, gdy stolica dźwigała się z ruin, pałac nie był prezentem pierwszej potrzeby, nikt go nie chciał, ale też nikt się Stalinowi nie mógł sprzeciwić.

W 1951 roku do Warszawy zawitał minister spraw zagranicznych Wiaczesław Mołotow. Podczas spaceru po mieście, w którym towarzyszył mu naczelny architekt Warszawy Józef Sigalin, rzucił pytanie: „A jak byście, towarzyszu, widzieli taki wieżowiec jak u nas?”. Co miał powiedzieć Sigalin? Postawiony w trudnej sytuacji, wymamrotał pod nosem: „No cóż, owszem”. Jego odpowiedź została uznana za zgodę.

Maria Dąbrowska relacjonowała: „…gazety ogłosiły nagle urbi et orbi o «wielkim darze bratniego Związku Radzieckiego», jakim ma być wybudowanie gigantycznego kompleksu gmachów, Pałacu Kultury i Nauki z niebotykiem 200 metrów wysokim pośrodku. Ma to stanąć w samym sercu Warszawy na terenach między dawnym Dworcem Głównym, Złotą, Sosnową, Marszałkowską. Budować będą nie tylko rosyjskie maszyny, lecz rosyjscy inżynierowie i robotnicy z przywiezionych (jakoby) materiałów. Również projekt jest moskiewski, podobno uzgodniony z polskimi architektami, ale czy który odważył się naprawdę mieć swoje zdanie? Projekt podawany niemal co dzień w gazetach, to z lotu ptaka, to z tej lub owej strony, jest potwornie brzydki, niczym nieuzasadniony. Cała Warszawa będzie leżała u stóp tego potwora”.
I dalej: „Przy «całej» rzekomej demokracji okazuje się, że pertraktują o tę rosyjską budowlę już od roku z górą, a nikt ze «sprawującego władzę społeczeństwa» o tym nie wiedział. A teraz ogłoszono prosto z mostu, że «cały naród przyjął ten dar z największym entuzjazmem i wdzięcznością». Tymczasem naprawdę cała Warszawa przyjęła tę wieść z konsternacją, pomieszaniem, niektórzy z rozpaczą. Komentarze słyszy się różne. Najłagodniejszy: «To za ten Katyń chcą pokazać, że tacy przyjaciele». Inni dochodzą, jaki może być rosyjski cel tej budowli. I że nikt nie podejmuje takich miliardowych inwestycji w obcym kraju z dobrego serca. Faktem pozostaje, że do stolicy Polski Rosja wprowadza około 10 tysięcy swoich ludzi, dla których buduje się już na gwałt w Jelonkach całe miasto. Słyszałam, że część tych robotników jest już w Warszawie i że były już ostre zatargi naszych robociarzy z nimi. O lepsze warunki pracy i o zaciągnięcie do ich baraku przemocą jakiejś kobiety. Ale to mogą być plotki. Ja zrazu wpadłam w przygnębienie pełne upokorzenia” (M. Dąbrowska, Dzienniki, 2009, t. 8, s. 134, 2 maja 1952).



„Projekt podawany niemal co dzień w gazetach, to z lotu ptaka, to z tej lub owej strony, jest potwornie brzydki, niczym nieuzasadniony.
Cała Warszawa będzie leżała u stóp tego potwora”.
Obecna lokalizacja pałacu nie była jedyną planowaną. Pałac mógł powstać w rejonie Portu Praskiego, przy ulicy Rakowieckiej u zbiegu z Puławską, przy skrzyżowaniu alei Waszyngtona z ulicą Grochowską. Kierownictwo polityczne – na czele z Bolesławem Bierutem i Józefem Cyrankiewiczem – zadecydowało, że dar Stalina stanie w bardziej prestiżowej lokalizacji, w centralnym miejscu Warszawy, przy ulicy Marszałkowskiej, między Alejami Jerozolimskimi a Świętokrzyską.

Przed wojną był to teren gęsto zabudowany. Wzdłuż ulic, które przecinały się pod kątem prostym, stały kamienice, w większości wzniesione w drugiej połowie XIX stulecia i na przełomie XIX i XX wieku. Wraz z oficynami tworzyły podwórka studnie. W powojennej prasie pojawiały się artykuły, że to teren kompletnie zniszczony przez wojnę: „Wielkie gruzowisko pokryte łopianem, gdzie hula wiatr”. Nie była to prawda. Zniszczenia powojenne dotyczyły 60 z prawie 180 kamienic zajmujących 36 hektarów. Były częściowo zburzone, nadpalone, ostrzelane. Pozostałe budynki były nienaruszone.
Nieopodal pałacu, przy ulicy Siennej zachowała się kamienica, która może dać wyobrażenie o międzywojennym wyglądzie tego rejonu Warszawy. Warto zajrzeć na jej podwórko.



Powracający do kamienic właściciele na nowo organizowali swoje życie. W 1952 roku musieli je opuścić, przenieść się na nowe osiedla na Muranowie czy Kole. Wysiedlono prawie dwa tysiące osób. Zniknęła biegnąca równolegle do Marszałkowskiej ulica Wielka, przerwano przebieg ulic Chmielnej, Pańskiej, Siennej, Śliskiej, Zielnej i Złotej.




Nekrologi ulicy świadczące o ich obecności w przedwojennej Warszawie.
W kwietniu 1952 roku rządy PRL i ZSRR podpisały umowę na budowę pałacu. Miał mieć około 30 pięter i stać się siedzibą instytucji kulturalnych i naukowych. Na projektanta pałacu Stalin wybrał Lwa Rudniewa, autora największego moskiewskiego drapacza chmur, czyli gmachu Uniwersytetu im. Łomonosowa.

Gmach Główny Uniwersytetu im. Łomonosowa. Źródło: Wikipedia.
Gmach miał posłużyć za wzorzec dla warszawskiego pałacu. Należało tylko tchnąć w niego polskiego ducha. Dlatego przed zakończeniem projektu do Polski przyjechali radzieccy architekci, by zapoznać się z naszą architekturą. Zwiedzili Kraków, Chełmno, Toruń, Zamość, Kazimierz nad Wisłą, Sandomierz i Gdańsk. Ściany ich pracowni w Moskwie pokryły się fotografiami polskich zabytków. Starali się, by zdobienia przyszłego pałacu oddawały nasz narodowy charakter. W rezultacie pałac nie ma określonego, jednolitego stylu. Trzon ma po dziadku, czyli jest bardzo amerykański, w stylu art deco. Ozdoby są mieszanką stylów. Znajdziemy tu elementy baroku, renesansu, nawet gotyku. Jest sporo kolumn, których wielbicielem był Bolesław Bierut.

Podobno wysokość pałacu wyznaczono przy pomocy kukuruźnika, rosyjskiego samolotu, który latał nad ulicą Marszałkowską z przywiązanym balonem. Obserwowała go polsko-radziecka komisja stojąca na drugim brzegu Wisły. Drogą radiową kontaktowała się z pilotem. Gdy samolot wzniósł się na wysokość 100–120 metrów, Rudniew krzyknął: „Starczy!”.
22 lipca 1952 roku rozpoczęła się uroczystość wylewania betonowych fundamentów. Robotnicy utworzyli szpaler. Z czarnych limuzyn wysiedli członkowie rządu, radzieccy towarzysze, dyrekcja budowy i przedstawiciele ludu pracującego. Weszli na drewniany pomost zbudowany nad ogromną dziurą w ziemi. Józef Cyrankiewicz przechylił się przez barierkę i cisnął w nią złotówkę – na szczęście. Zaraz potem z czerpaka zawieszonego na ramieniu dźwigu wylał się pierwszy strumień betonu.

Wykopy pod fundamenty Pałacu Kultury i Nauki, 1952.
Źródło: L. Wysznacki, Warszawa od wyzwolenia do naszych dni, Warszawa 1977, s. 97 (Wikipedia).
Tempo budowy pałacu było imponujące. Radzieccy robotnicy pracowali na trzy zmiany – w dzień i w nocy, przy świetle reflektorów, w systemie trójek murarskich. W październiku rozpoczął się montaż stalowej konstrukcji gmachu. Zanim została ukończona, na dolnych kondygnacjach murarze już kładli cegły (poszło ich aż 40 milionów). Jesienią 1953 roku do pracy przystąpili kamieniarze.

Budowa pałacu, 1953.
Źródło: Warschau. Poznan. Gdansk. Wroclaw. Stalinogrod, Warszawa czerwiec 1954, s. 46 (Wikipedia).
U wylotu ulicy Chmielnej zbudowano pomost, z którego Warszawiacy mogli obserwować wysiłki radzieckich robotników. W książce Podniebny pomnik przyjaźni Jan Dąbrowski pisał: „To właśnie ich ręce wznoszą ów pomnik przyjaźni, pomnik, który przez wieki będzie wystrzelał w warszawskie niebo, tonął w chmurach smukłą iglicą wieży”.

Warszawiacy na platformie widokowej, 1953.
Źródło: Warszawa 1945-1966, Warszawa 1967, s. 113 (Wikipedia).
Wśród robotników byli dawni żołnierze, którzy w 1945 roku weszli do zrujnowanej Warszawy, również kobiety. Anna Lubaszkina, starszy lejtnant piechoty, przy budowie pałacu wykorzystała swoje przedwojenne umiejętności spawacza.

Nie znaczy to, że Polacy pałacu nie budowali. Budowali go – robotników polskich było mniej więcej tyle samo co radzieckich. Ale Polacy do budowy pałacu się nie garnęli. Nie odpowiadały im sowieckie normy pracy i konieczność posługiwania się językiem rosyjskim, którego często nie znali, co utrudniało pracę wymagającą precyzacji. Zniechęcały ich wysokość zarobków (polscy budowniczowie otrzymywali niższe wynagrodzenie niż robotnicy z ZSRR) oraz brak dbałości o bezpieczeństwo pracy. Pałac budowano na trzy zmiany, głównie siłą ludzkich rąk. Nie było nowoczesnych maszyn, nie było nawet – co widać na zdjęciach – odpowiednich zabezpieczeń.

Radzieccy budowniczowie w czasie pracy, 1954.
Źródło: Spotkania z Warszawą, Warszawa 1975, zdj. 9 (Wikipedia).

Autentyczne taczki. Muzeum Pałacu Kultury i Nauki.
Pracowano na znacznych wysokościach. Chociaż na rusztowaniach stały tabliczki z napisem: „Patrz pod nogi, bo możesz spaść”, i tak spadano. Oficjalnie budowa pałacu kosztowała życie szesnastu osób. Przyczyną wypadków bywał alkohol. Na budowie był bufet. Między pracującą w nim panią Walą a robotnikami pracującymi na wysokości kursowała prymitywna winda rozwożąca wodę, papierosy i piwo.


Ofiary pałacu leżą w wydzielonej kwaterze na cmentarzu prawosławnym na Woli.
W maju 1954 roku bryła budynku, wraz z iglicą wieńczącą wieżę, była gotowa. Wtedy prace przeniosły się do wnętrza. Na wykończenie czekało ponad trzy tysiące pomieszczeń. Tam też radzieckich budowniczych wspierali polscy robotnicy i artyści. Dekoracje, meble, żyrandole przygotowywały polskie huty szkła i zakłady stolarskie.

Zdjęcie Zbyszka Siemaszki (NAC) z wystawy plenerowej przed Pałacem Kultury i Nauki, 2025.

Zdjęcie Zbyszka Siemaszki (NAC) z wystawy plenerowej przed Pałacem Kultury i Nauki, 2025.

Pałac wśród ruin Warszawy.
Otwarcie Pałacu Kultury i Nauki nastąpiło 21 lipca 1955 roku. W Sali Kongresowej odbyła się pierwsza uroczysta akademia. Na poczesnych miejscach zasiedli prezydent Bolesław Bierut, premier Józef Cyrankiewicz i przewodniczący Rady Państwa Aleksander Zawadzki. Tego samego dnia przy stole ustawionym przed głównym wejściem Cyrankiewicz i ambasador ZSRR Pantelejmon Ponomarienko podpisali protokół przekazania pałacu stronie polskiej. Po oficjalnych uroczystościach, w pałacowych salach zasłużeni budowniczowie otrzymali medale, wspólnie odśpiewano Międzynarodówkę. Czas umilał zespół Mazowsze. Następnego dnia pozłacanymi nożyczkami niemieckiej firmy Tolle przecięto wstęgi i drzwi do pałacu stanęły otworem dla zwiedzających. Pierwszego dnia odwiedziło go 20 tysięcy osób. Dyrektorem pałacu został Stanisław Barszczewski, który z armią Berlinga przemierzył cały szlak od Lenino do Berlina.
Te nożyczki przecinały wstęgę.
Pałac Kultury – mierzący 237 metrów z iglicą – był najwyższym budynkiem w Polsce, widocznym z każdego punktu Warszawy, a oświetlony nocą – z odległości 50 kilometrów od niej. Pałac jest szerszy niż dłuższy. Wieżę z iglicą otaczają cztery rozłożyste skrzydła. Jej narożniki obejmują cztery „baszty”, a od północnej strony – półokrągła bryła mieszcząca Salę Kongresową.


Elewacje pałacu zostały niemal w całości obłożone ceramicznymi płytami wyprodukowanymi w fabryce na Uralu. Fabryka już nie istnieje, dlatego uszkodzone fragmenty zastępuje się płytami z piaskowca szydłowieckiego. Kiedyś pałac świecił bielą, dziś jest brudny. Były jakieś próby wyczyszczenia go, jak widać nieudane.

Główny portyk znajduje się od strony placu Defilad. Nad wejściem znajduje się płaskorzeźba przedstawiająca wiele postaci: robotników, chłopów, przedstawicieli inteligencji pracującej. To alegoria socjalistycznej władzy, niezbyt dobrze widoczna, bo kryje się za kolumnami.

Przed ukończeniem budowy, dwa dni po śmierci Stalina, 7 marca 1953 roku, wspólną uchwałą Rady Państwa i Rady Ministrów PRL nadano budynkowi nazwę Pałac Kultury i Nauki imienia Józefa Stalina. Były plany, by wodza uczcić pomnikiem. Piętnastometrowy Stalin miał stanąć między pomnikami Kopernika i Mickiewicza. Wykonanie dzieła powierzono Xaweremu Dunikowskiemu, który uchodził wówczas za najwybitniejszego twórcę w Polsce. Dunikowski nie sprostał zadaniu. Stworzył toporną postać z prawą ręką na piersi i wydętymi policzkami. Stalin wyglądał karykaturalnie. Projekt nie zachwycił zleceniodawców i pomysłu zaniechano.

Projekt pomnika Józefa Stalina, model posągu, 1954.
(Muzeum Narodowe w Warszawie, Muzeum Rzeźby im. Xawerego Dunikowskiego w Warszawie).
Ze Stalinem się nie udało, ale na brak rzeźb pałac narzekać nie może. Wizerunki dość topornie wyglądających postaci zdobią go ze wszystkich stron. Dwie największe, wykute z szarego granitu, znajdują się przy wejściu głównym. Z lewej jest posąg Adama Mickiewicza – symbolu świata kultury, z prawej Mikołaja Kopernika – symbolu świata nauki. Autorem postaci wieszcza jest Stanisław Horno-Popławski, a astronoma Ludwika Nitschowa. Rzeźbiarka nie była zadowolona z realizacji swojego projektu: „To co tam stoi, jest do pewnego stopnia żałosną deformacją mojej rzeźby”. W ostatniej chwili, bez wiedzy twórców, obie rzeźby zamieniono miejscami.

Pozostałe rzeźby są autorstwa twórców ze Związku Radzieckiego hurtowo odlane w Azeryjskiej Fabryce Ceramicznej im. 60-lecia Wszechzwiązkowego Leninowskiego Komsomołu w Estonii. To alegorie gospodarki kolektywnej, sportu, nauki, wynalazczości, sztuki.

Jedna rzeźba nie wygląda tak, jak kiedyś. Z księgi trzymanej przez młodzieńca znikło nazwisko Stalin.

Atrakcją dla turystów był i wciąż jest taras widokowy na 30. piętrze pałacu. Wjechać na niego można windami. Kiedyś obsługiwały je panie windziarki, od czasów pandemii trzeba radzić sobie samemu. Podróż trwa pół minuty. Końcowy przystanek to tzw. sala gotycka, przypinająca średniowieczną kaplicę.

Mundurki pań windziarek. Muzeum Pałacu Kultury i Nauki.

Sala gotycka.
Taras umieszczony jest na wysokości 114 metrów. Przed wypadnięciem za balustradę zwiedzających chronią stalowe kraty, które zamontowano w 1972 roku po serii skoków samobójczych. Życie w ten sposób zakończyło siedem osób, w tym młoda para, której rodzice nie pozwolili na ślub. We wrześniu 2014 roku na taras wjechali czterej młodzi mężczyźni przebrani z księży. Pod sutannami mieli ukryte spadochrony. Założyli je w toalecie, po czym – na oczach widzów – przedarli się przez barierki i skoczyli z tarasu. Na ziemi złożyli spadochrony i rozpłynęli się w tłumie.

Na tarasie.
Równie ciekawe jak pałac jest jego otoczenie. O tym, jak ma wyglądać, zadecydowano dość późno. 8 stycznia 1953 roku Sekretariat Komitetu Centralnego PZPR przyjął dokument, zgodnie z którym pałac miał być budowlą wolno stojącą, otoczoną pustą przestrzenią. Od strony ulicy Marszałkowskiej przed pałacem powstał ogromny, liczący 24 hektary plac Defilad. Uchodzi za największy plac miejski w Europie. Po śmierci Stalina zaczęto nazywać go jego imieniem. Nazwa plac Defilad przyjęła się po odwilży, w 1956 roku. Plac był miejscem wielu uroczystości.


22 lipca 1955 roku maszerowały nim kolumny wojska, jechały działa i czołgi, za nimi podążał pochód młodzieży socjalistycznej. Co roku przechodziły nim pochody pierwszomajowe, pozdrawiane przez stojących na trybunie dygnitarzy. W październiku 1956 roku z tejże trybuny przemawiał nowo wybrany pierwszy sekretarz PZPR Władysław Gomułka. Słuchał go tłum liczący kilkaset tysięcy obywateli.

Wiec poparcia i przemówienie Władysława Gomułki, 24 października 1956 roku. Źródło: Wikipedia.
Kilkanaście lat później jego miejsce zajął Jan Paweł II, który przed pałacem odprawił mszę. W latach 70. na placu Defilad organizowano kiermasze książek, Święto „Trybuny Ludu” i Cepeliadę. W latach 90. plac był miejsce handlu i nieformalnym dworcem autobusowym. W ostatnim czasie przeszedł metamorfozę. Wybrukowano go kostkami granitu i bazaltu, które odzwierciedlają układ dawnych ulic. Posadzono też kilka drzewek.

Współczesny widok na trybunę

i z trybuny.
Zajrzyjmy jeszcze na chwilę do środka. W pałacu jest ponad trzy tysiące pomieszczeń, w tym kilkadziesiąt reprezentacyjnych. Hol główny to jedno z największych tego rodzaju wnętrz w Warszawie. Przez prawie 40 lat na wprost wejścia stał pomnik Przyjaźń, socrealistyczne dzieło Aliny Szapocznikow. Przedstawiał dwie postacie w braterskim uścisku, trzymające sztandar. W roku 1992 ówczesny dyrektor pałacu zarządził jego usunięcie i wyrzucenie na złom.

Hol główny wiedzie do równie luksusowych sal, udekorowanych marmurowymi kolumnami, sztukateriami i kryształowymi żyrandolami. Posadzki są drewniane (z różnych gatunków drewna) albo kamienne, a stropy kasetonowe, wypełnione malunkami.







Sala obrad. Z tyłu miejsca dla tłumaczy symultanicznych.
Ciekawe są rzeźby na jednej z klatek schodowych: Pokój marksistowski niosący ludziom życie i Pokój socrealistyczny niosący ludzkości wiedzę i kulturę. Ich autorem jest Georgij Iwanowicz Motowiłow. Podobno chłopi – sądząc, że dzieła mają charakter religijny – zdejmowali czapki z głów, a kobiety przyklękały.
Dla mnie najważniejsza jest Sala Kongresowa, bo wielokrotnie bywałam w niej na koncertach. W latach PRL-u uroczystości, które odbywały się w sali, czujne obserwował cenzor. Miał swój fotelik i specjalną maszynkę (na zdjęciu zamknięta), za pomocą której „sterował ruchem”, to znaczy mógł ingerować w to, co mówiono na scenie. Jeśli coś było nie po jego myśli, wyłączał dźwięk. W sali bywali goście różnych narodowości. Żeby wiedzieli, co się wokół dzieje, zapewniano tłumaczenia symultaniczne na osiem języków. Służyły do tego niewielkie pokrętła w siedzeniach. Od 2014 roku w Sali Kongresowej nic się nie dzieje, bo jest remontowana – kilkakrotnie dłużej niż trwała budowa pałacu.

Aby Pałac Kultury i Nauki stanął na czas, potrzeba było około dziesięciu tysięcy osób zaangażowanych w jego budowę. Nie mógł więc zostać wzniesiony polskimi rękami. Z prostej przyczyny – tych rąk brakowało. Polscy budowniczowie zajęci byli budowaniem osiedli mieszkaniowych. Wezwano więc bratnią pomoc. W odpowiedzi na wezwanie ze Związku Radzieckiego przyjechało około czterech i pół tysiąca osób – pracowników fizycznych, majstrów i przedstawicieli zaplecza administracyjnego. Nie wiadomo, jak przebiegała rekrutacja kadry radzieckiej. Oficjalnie mówiono, że przyjechali ochotnicy, przodownicy pracy, ludzie o niezmąconym spojrzeniu i takich samych poglądach. Robotnikami w większości byli młodzi chłopcy zwiezieni z różnych zakątków wielonarodowościowego Kraju Rad. Były też dziewczyny, najczęściej dekoratorki i sztukatorki, ale trafiły się i operatorki dźwigów. Przedstawiciele personelu niższego szczebla najczęściej byli stanu wolnego. Jeśli mieli rodziny, to zostawiali je w Związku Radzieckim. Inaczej było z mistrzami, czyli kierownikami nadzorującymi budowę, i pracownikami administracji – ci mieli prawo zabrać najbliższych do Polski.


Dla tak ogromnej liczby przyjezdnych potrzebne było miejsce do życia, najlepiej blisko budowy, ale jednak na uboczu. Wybór padł na Jelonki – podmiejski teren, sielski i spokojny. Mieszkali tu ludzie uprawiający kawałek pola. I podobnie jak wcześniej właściciele i lokatorzy śródmiejskich kamienic, tak teraz – w 1952 roku – oni musieli opuścić swoje domy. Każdy dostał symboliczne odszkodowanie. Ich gospodarstwa zostały zrównane z ziemią, drzewa i krzewy wykarczowane. Zostało 40 hektarów gołej ziemi. Przybysze ze Wschodu postawili na niej baraki. Wykorzystali budulec z rozebranego obozu jenieckiego Stalag I-B „Hohenstein” pod Olsztynkiem, przeznaczonego dla polskich podoficerów. Baraki ocieplili wojłokiem, do każdego doprowadzili wodę, dobudowali ganek, by przypominał architekturę Kraju Rad, zwłaszcza dalekiej Syberii. Mieli czuć się tu jak u siebie.



Przez środek każdego baraku przebiegał korytarz, po obu jego stronach były pokoje: trzy-, cztero- lub pięcioosobowe. Dziewczęta lokowano w tych samych barakach co chłopców, ale innych pokojach. W pokojach mogły wisieć makatki i inne dekoracje, ale obowiązkowym elementem wyposażenia każdego była półka z książkami, a na niej dzieła marksizmu i leninizmu. Jak rzekł Stalin: „Komunista” to człowiek z książką.



W wydzielonej części terenu stanęły domki fińskie, które Związek Radziecki otrzymał od Finlandii w ramach reperacji wojennych, takie same jak te na Jazdowie. Zamieszkali w nich mistrzowie z rodzinami.




Powstałe w ten sposób osiedle – które nazwano Przyjaźnią – zazieleniono. I otoczono murem, na którym umocowano zwoje drutu kolczastego. Mur odgradzał też teren z barakami dla budowniczych od obszaru, na którym stały domki dla mistrzów. Była jedna furtka, przez którą mistrzowie mogli przejść na teren robotniczy i zrobić zakupy w działającym tam, dobrze zaopatrzonym sklepie. Robotnikom nie wolno było tej furtki przekraczać – teren zamieszkany przez mistrzów był dla nich niedostępny. W Związku Radzieckim oficjalnie nie było różnic o charakterze klasowym, w praktyce każdy trzymał się własnej klasy. Porządku na osiedlu strzegli wartownicy umieszczeni w dwóch budkach wartowniczych. Co więcej, mieszkało tu i pisało raporty pięciu ubeków. Żaden człowiek radziecki nie mógł samodzielnie opuścić terenu osiedla ani żaden Polak – z wyjątkiem dziennikarzy „Trybuny Ludu” – nie mógł przekroczyć jego bramy. Taka to była „przyjaźń”.
Fragment muru z drutem kolczastym zachował się do dziś.
Chociaż do każdego baraku doprowadzona była woda, budowniczowie korzystali z łaźni – jedynego murowanego budynku na osiedlu. Wykąpać się mogli raz w tygodniu, oddać ubranie do prania – raz w miesiącu. Nic dziwnego, że w barakach, delikatnie mówiąc, cuchnęło. Dominującym zapachem był smar z budowy, następnie papierosy, a potem wódka. Robotnicy mogli kupić ją we wspomnianym sklepie. Nie była reglamentowana. Rozumiano, że skoro ludzie ciężko pracują, to mają prawo do kielicha.
Murowany budynek był też kotłownią, z której rozprowadzano ciepło do wszystkich baraków i domków jednorodzinnych.

Na skraju osiedla postawiono budynki służące celom edukacyjnym i zdrowotnym. Działało przedszkole dla dzieci mistrzów i pracowników administracji oraz wieczorowa szkoła średnia dla tych budowniczych, którzy chcieli pogłębić swoją wiedzę. Prawie wszyscy chcieli, bo z góry przeszedł prikaz, żeby się kształcić. Działał też szpital. Sprowadzony z Moskwy lekarz nie miał dużo pracy, bo na osiedlu nie było ludzi chorych, jego gabinet świecił pustkami, podobnie jak sale szpitalne. Oficjalnie wszyscy byli zdrowi, a do wypadków na budowie nie dochodziło. W rzeczywistości zdarzały się, nawet śmiertelne, o czym wspominam w rozdziale Pałac Kultury i Nauki.



Mieszkańcy osiedla Przyjaźń mogli robić zakupy w sklepiku, w którym nie brakowało niczego, ale żywili się zbiorowo w stołówce. Podobno mogła ona wydawać obiady jednocześnie dla dwóch tysięcy osób. Kucharze, pomoce kuchenne i inni pracownicy jadłodajni też przyjechali ze Związku Radzieckiego i serwowali tylko potrawy kuchni rosyjskiej.


W tym baraku mieściła się stołówka.
Osiedle Przyjaźń było sprawnie działającym, samowystarczalnym państwem w mieście. Każdy jego mieszkaniec mógł czuć się zaopiekowany, chociaż opieka ta bardziej kojarzy się ze zniewoleniem. Całe życie budowniczych pałacu zostało ściśle określone. Rano autobusami jechali na plac budowy, po pracy tymi samymi autobusami wracali na Jelonki. Zadbano też o ich czas wolny, tak aby żadne niestosowne myśli nie zaprzątały ich jasnych umysłów. Na osiedlu działał klub sportowy. Budowniczowie mogli uprawiać zapasy i lekką atletykę, grać w koszykówkę, siatkówkę, piłkę nożną i szachy.

Przez osiedle biegła ścieżka zdrowia – do naszych czasów przetrwał jeden jej element.
Działała też sekcja taneczna. Prowadził ją sprowadzony z Teatru Balszoj baletmistrz. Jeśli wierzyć jego słowom, robotnicy nie mieli uznania dla tańców kosmopolitycznych, takich jak tango czy fokstrot. Przepadali za tańcami narodowymi i ludowymi. Na osiedlu działały też kino Dar, orkiestra dęta i biblioteka zaopatrzona w literaturę przywiezioną z Kraju Rad. Budowniczowie mogli wybierać spośród tytułów promujących pozytywnych bohaterów „tamtych czasów”, na przykład Daleko od Moskwy Wasilija Ażajewa, Opowieść o prawdziwym człowieku Borysa Polewoja czy Jak hartowała się stal Mikołaja Ostrowskiego.


W ramach rozrywek intelektualnych budowniczowie obejrzeli też przedstawienie Rewizor Gogola. A w ramach zwiedzania Polski pojechali do fabryki porcelany w Ćmielowie. Oczywiście wycieczkę odbyli swoimi autobusami i w swoim towarzystwie. Nie wszystko jednak szło zgodnie z planem. Osiedle nie było krainą szczęśliwości, jak opisywali dziennikarze „Trybuny Ludu”. Kilka osób popełniło samobójstwo. Jeden z robotników rzucił się pod pociąg (tuż obok osiedla przebiegają tory kolejowe), jeden się powiesił, dwie dziewczyny skoczyły do Wisły. Wszystkie takie sprawy tuszowano.

Za osiedlem mieszkaniowym rozciągały się tereny będące „zapasowym” placem budowy pałacu. Składano na nich podzespoły, potrzebne konstrukcje i gotowe wożono do centrum stolicy.
Na osiedlu Przyjaźń nie było Polaków. Nie tylko budowniczowie i majstrowie, ale też organizatorzy sporu i rozrywki, lekarz, kucharze, nawet bufetowa Wala przyjechali ze Związku Radzieckiego, a po zakończeniu budowy wrócili do domu.

Właz zasłaniający studzienkę kanalizacyjną przywieziony z ZSRR.
W 1955 roku, po zakończeniu budowy Pałacu Kultury i Nauki, radzieccy mieszkańcy osiedla Przyjaźń wsiedli do autobusów i wrócili do ojczyzny. Wtedy w barakach i domkach zagościła niczym nieskrępowana radość życia. Baraki przeznaczono na akademiki dla studentów warszawskich uczelni, a domki jednorodzinne na mieszkania dla kadry akademickiej. Zwłaszcza te pierwsze stały się świadkami niejednej hucznej imprezy. W odróżnieniu od radzieckich budowniczych studenci cieszyli się pełną swobodą. Zniknęli wartownicy, podobnie jak płot i drut kolczasty. Nie było też portierów ani stróżów jak w innych akademikach.


W latach 90. XX wieku na osiedlu Przyjaźń mieszkała Dorota Gawryluk. Po latach wspominała: „Za moich czasów nie do pomyślenia było, żeby mieszkać na Jelonkach i nie znać sąsiadów. Ale wtedy ludzie nie skupiali się tak bardzo na swoich karierach i zarabianiu pieniędzy”. Imprezowym lokatorem jednego z domków był Krzysztof Tyniec: „Ten czas to był jeden wielki nieustający karnawał. Z bólem serca znosiliśmy zabawy sylwestrowe, a to dlatego, że przez całą noc dziewczęta tańczyły w kurtkach, bo było za zimno, by hasać w kusej sukience”. Okazją do zabawy były też chrzciny domków organizowane na przełomie maja i kwietnia. Spośród studentek wybierano matkę chrzestną, która rozbijała o domek butelkę alkoholu.
Na początku w akademikach na osiedlu Przyjaźń lokowano studentów, ale z czasem zaczęły pojawiać się studentki i wtedy alejki między domkami zyskały swoje nazwy: Aleja Złamanych Serc, Aleja Upadłych Niewiast…

W latach 80. w akademikach mieszkało sporo studentów z Afryki. Lokalni skinheadzi dawali im się we znaki, ale do czasu. Kiedyś w obronie czarnoskórego studenta wystąpiła silna grupa – podobno drużyna kubańskich bokserów, którzy przyjechali do Warszawy na zawody. I na osiedlu zapanował spokój.

Życie studentów skupiało się wokół klubu Karuzela. Igor Janke wspomina: „W Karuzeli razem z kolegą założyliśmy DKF, czyli Dyskusyjny Klub Filmowy. W sumie niewiele osób oglądało puszczane przez nas filmy, ale liczyliśmy na to, że w zamian za «działalność społeczną na rzecz osiedla» dostaniemy jednoosobowe pokoje. Takie było niepisane prawo Jelonek”. Dziś klub Karuzela jest zamknięty na głucho.

Warunki w akademikach były spartańskie. We znaki dawały się miesiące zimowe – prawdziwa szkoła przetrwania. Studenci dogrzewali się piecykami i dlatego ciągle wysiadały korki. Specjalistą od ich napraw był Krzysztof Tyniec, absolwent technikum elektroenergetycznego w Zgorzelcu. Na około 30 studentów przypadał jeden prysznic, cztery umywalki, cztery klozety i zlew w kuchni. Utrapieniem była zimna woda do mycia. Znów oddam głos Dorocie Gawryluk: „Najlepiej było wstać jak najwcześniej przed innymi lokatorami. Wtedy była szansa na ciepłą wodę z elektrycznej termy i nie trzeba było stać w kolejce do łazienki. Kto wstawał później, musiał się przyzwyczaić do lodowatej wody. Ale dzięki temu człowiek od razu był rześki i przebudzony”.

Warunki może i kiepskie, ale wspomnienia jakie... Oprócz Doroty Gawryluk, Krzysztofa Tyńca i Igora Janke na osiedlu Przyjaźń mieszkali Leszek Balcerowicz, Jerzy Bralczyk, a także przyszły prezydent Mali Alpha Oumar Konaré.

W latach 50. i 60. mieszkała tu też pani profesor Joanna Papuzińska, promotorka mojej pracy magisterskiej. Była wówczas młodą mężatką – jej mąż Janusz Beksiak pracował w Szkole Głównej Planowania i Statystyki (dziś Szkoła Główna Handlowa) – i matką małej Agnieszki. Niedawno ukazała się obszerna książka – wywiad z panią profesor Od Asiuni do Joanny, w której wspomina lata spędzone na Jelonkach.




Cztery pory roku.
„Mieszkaliśmy na osiedlu Przyjaźń na Jelonkach, w takich domkach po budowniczych Pałacu Kultury. Było w nich po szesnaście pokoików ze wspólną kuchnią i sanitariatami. Najpierw mieliśmy malutki pokoik przy ganku, który był wcześniej stróżówką. Miał może dziesięć metrów kwadratowych. Potem dostaliśmy większy, chyba kilkanaście metrów kwadratowych, i tak jak wcześniej: jedna łazienka dla wszystkich, jedna kuchnia, nawet zrobienie obiadu było niemożliwe, bo człowiek nie miał swoim pomieszczeniu prawa do posiadania grzejnika czy kuchenki elektrycznej.

A potem, w sześćdziesiątym pierwszym roku, SGPiS sfinansował przebudowę takiego baraczku i szesnaście pokoików zamieniono na dziesięć dwupokojowych mieszkanek. Wszystkie były zaludnione przez takich jak my – młodych PPN, czyli Pomocniczych Pracowników Naukowych. Asystentów z żonami i co najmniej jednym dzieckiem, niektórzy mieli nawet po dwoje. Nasze małżeństwo nie było jakimś kompletnym wybrykiem. Na jednej uczelni zebrało się sporo takich «bezdomnych» i to właśnie o nich zadbała uczelnia. Wyjątkiem było osiedle domków profesorskich. Takie małe trzypokojowe domki z kawałkiem ogródka. To było naszym marzeniem, ale nie wpasowaliśmy się pokoleniowo w przydział, bo to musiał ktoś zrezygnować albo się wyprowadzić, albo wyzionąć ducha, żeby taki domek był wolny.

W każdym razie, gdy dostaliśmy to małe mieszkanko, myśleliśmy, że osiągnęliśmy jakieś niebiańskie luksusy: trzydzieści osiem metrów kwadratowych, dwa pokoiki z kuchnią, własną normalną łazienką, piwnicą i kawałkiem ogródeczka – można było krokusy posadzić. Jak ktoś przeżył całe życie w mieście, to nasze mieszkanko mu się wydawało prymitywem jakimś”.

Biorąc pod uwagę powojenny głód mieszkań, warunki na osiedlu Przyjaźń nie były najgorsze, ale „Warszawa miała w pogardzie Jelonki. Mówiło się że «w czworakach mieszkają». Z życiowego punktu widzenia tamto miejsce było świetne. Był kawałek własnego ogródka, były duże przestrzenie zieleni. Dzieci miały gdzie się wybiegać, gdzie się bawić bezpiecznie. Była jedna ulica, którą coś jeździło, a tak to ścieżki. Poza tym były różne udogodnienia, a przede wszystkim stołówka, która nas żywiła. Obiad kosztował tam siedem złotych, co nawet na tamte czasy było tanie. Janusz szedł więc po obiad z trzypiętrową menażkę i panie pakowały ją po same brzegi. Nie można było dać dwóch kotletów, ale ziemniaków, zupy dostawaliśmy tyle, że się można było tym żywić całą dobę. I jeszcze chleb do zupy. Można było praktycznie przeżyć, nie mając grosza”.

Na Jelonki przybywali ludzie z całej Polski. Dorośli „nie pielęgnowali tradycji ze stron rodzinnych, przeciwnie, dążyli do jak najszybszego uzyskania statusu człowieka z miasta. Zresztą wiązało się to również z dążeniem do opuszczenia Jelonek, które były jakimś krępującym stanem pośrednim i mało kto je doceniał, może poza mieszkańcami kilkudziesięciu małych domków jednorodzinnych, którzy bardziej przywiązywali się do tego miejsca. O ile wiem, niektórzy trwają tam jeszcze do dziś”.

Dla dzieci młodych pracowników naukowych osiedle Przyjaźń było rajem. „Dzieci tworzyły coś w rodzaju własnej uniwersalnej subkultury, dopasowanej przede wszystkim do warunków terenowych. Gonitwy po terenach zielonych, jakieś bazy budowane w krzakach, domki na drzewach, tworzenie mniejszych grupek, które się nawzajem poszukiwały czy zwalczały. Zapamiętałam taką zabawną scenkę. Kiedyś przyszedł do mnie naskarżyć na córkę jej oburzony rówieśnik i zawołał: Pani Beksiakowo! Bo Agnieszka mnie glistą szczuje! […] Na Jelonkach były ogromne trawiaste tereny idealne do gonitw, budowania domków i szałasów. Dzieci wynosiły naczynia ustawiały stół i kuchnię. Pamiętam nieustające gonitwy, ciągle ktoś na kogoś napadał – oczywiście w zabawie”. Agnieszka uważała, że na Jelonkach było cudownie.



„Na osiedlu istniało kino Dar. Studenci zorganizowali tam coś w rodzaju klubu filmowego i oprócz normalnych gniotów był naprawdę godny uwagi repertuar”.


„Na Jelonkach na początku zapasy zawsze się wkładało zimą między szyby w oknach. Kiedyś kot wsunął się przez lufcik, ale nie mógł wyjść. Trzeba było tworzyć okno i on dopiero wtedy dał drapaka. Po tym incydencie na pewno pojawiła się nieduża lodówka”.

Zamknęli okno, trzeba przejść na dietę wegetariańską.
Jelonki były usytuowane dość daleko od centrum Warszawy. Jak było z dojazdami? „W sumie komunikacja z Jelonek, jak na owe czasy, nie była najgorsza. Na osiedle jeździły dwa autobusy: 106 dowoził na uniwersytet, a 109 kończył bieg na tyłach Pałacu Kultury. Jednak każdy miał pętlę z innej strony osiedla, więc trzeba było wcześniej postanowić, który się wybiera. Dopiero po kilku latach odkrywczo postanowiono zrobić pętlę wspólną dla obu i wtedy możliwości dojazdu do miasta się podwoiły. Oczywiście był w nich tłok jak zawsze i wszędzie, ale był traktowany jako rzecz nieunikniona. Gorzej było z powrotami, bo kursy wieczorne kończyły się tuż po dwudziestej trzeciej […]. Kto więc zabawił w centrum miasta dłużej, mógł wracać tylko tramwajem nocnym do cmentarza Wolskiego, a stamtąd dreptać na piechotę jakieś pięć kilometrów do domu”.


Na początku lat 70., po narodzinach syna, państwo Beksiakowie opuścili Jelonki. Dwa maleńkie pokoiki okazały się za małe dla czteroosobowej rodziny. Przenieśli się do centrum Warszawy na ulicę Lwowską. Agnieszka nie mogła się z tym pogodzić. Tęskniła za zieloną przestrzenią osiedla Przyjaźń, podobnie jak mąż pani profesor.

Osiedle Przyjaźń to moje ulubione miejsce w Warszawie. Poznałam je jako uczennica trzeciej klasy szkoły podstawowej, gdy zamieszkałam w nowych (dziś już starych) blokach na Jelonkach. Przez dwa lata uczyłam się w „wiejskiej” szkole przy ulicy Konarskiego (żałuję, że naukę skończyłam w molochu wybudowanym między nowymi blokami). Na osiedle Przyjaźń chodziliśmy do kina Dar. Pamiętam radziecki film o nieszczęśliwym niedźwiadku – mój niebieski fartuszek z białym kołnierzykiem był mokry od łez. Budynek, w którym było kino Dar zamienił się w Kolorado, centrum rozrywki dla dzieci.

Osiedle Przyjaźń wielokrotnie obeszłam wzdłuż i wszerz, o każdej porze roku. Uwielbiam jego spokój, zieleń, drewniane domy. W niektórych zamieszkały rodziny. Mieszkańcy podzielili między siebie długie budynki, pomalowali je, odnowili, dobudowali werandy, posadzili kwiaty. Pięknie zagospodarowane są domki jednorodzinne. Przy jedynym stoi „biblioteczka”, w której można zostawić niepotrzebne już książki, i zabrać te, które zostawił ktoś inny. Często do niej zaglądam.


Równie często chodzę do Biblioteki Publicznej ulokowanej w jednym z budynków. Lubię przekraczać jej próg. Przenoszę się wtedy w czasie: specyficzny zapach starego drewna, lekko skrzypiące podłogi, drzewa zaglądające przez okno. W 2025 roku Biblioteka obchodziła 30-lecie swojego istnienia. Jej pracownikom, kompetentnym, życzliwym i bardzo pomocnym, życzę wszystkiego co najlepsze.


Niektóre budynki osiedla Przyjaźń przepadły. Zburzono je pod rozbudowę ulicy Powstańców Śląskich, budowę bemowskiego Ratusza i zabudowę jego okolicy. Zniknęła dawna szkoła, budynek szpitalny, kilka baraków-akademików. Na ich miejscu stanęły akademiki murowane, lepiej komponujące się z budynkiem ratusza.




Osiedle Przyjaźń przez lata było solą w oku warszawskich deweloperów: to przecież taki piękny teren pod zabudowę. Wystarczy rozwalić baraki, wyciąć zieleń i – tak jak przed laty – na gołej ziemi postawić „apartamentowce”. Jedno takie osiedle, nazwane „U Przyjaciół”, stoi tuż za plecami domków jednorodzinnych. Pamiętam czasy, gdy rosła tam kapusta.
W 2024 roku osiedle Przyjaźń trafiło na listę zabytków. Cieszyłam się wtedy jak dziecko – dziewięcioletnia dziewczynka, która zobaczyła je po raz pierwszy. Teraz moja radość nieco przygasła. Podobno akademiki mają być remontowane. Jak na razie stoją puste i niszczeją. Smutny widok.


Właścicielem terenu zajętego przez osiedle Przyjaźń jest Skarb Państwa. Roszczenia spadkobierców dawnych właścicieli ziemi uniemożliwiają uregulowanie spraw własności. Żaden z mieszkańców domków nie ma prawa własności ani do domu, ani do ziemi, na której dom stoi. Być może zadziała prawo zasiedzenia. Chciałabym, żeby osiedle Przyjaźń przetrwało.
Bibliografia
B. Chomątowska, Stacja Muranów, Wołowiec 2017.
Joanna Papuzińska w rozmowie z Anną Sobowiec, Od Asiuni do Joanny. Życie pod Bajdułem, Łódź 2025.
K. Mordyński, Marszałkowska dzielnica marzeń, Warszawa 2025.
G. Piątek, Najlepsze miasto świata. Warszawa w odbudowie 1944–1949, Warszawa 2020.
U. Zielińska-Meissner, Barwy starej Warszawy, „Krajobraz Warszawski” 2011, nr 127.
Pisząc o studenckich czasach osiedla Przyjaźń, korzystałam z artykułów z „Gazety Wyborczej”, które niestety gdzieś mi poginęły. Dużo o osiedlu i budowie Pałacu Kultury i Nauki dowiedziałam się podczas spacerów z przewodniczką Moniką (Stolica Dobrych Historii).